Zakamarki kobiecego umysłu

W tej zakładce znajdziecie fragmenty „życiorysu” Idy Zen. Wstawiane będą jeden za drugim, można powiedzieć, że to forma książki. Życzę miłej podróży w świat Idy.

*1*

To była moja stała pozycja zaczepno-obronna. Siedziałam na kanapie z rękami wyciągniętymi na oparciu i skrzyżowanymi nogami. Czułam się jak na meczu tenisa. Tym jakże niestabilnym punktem w moim salonie był Rafał, dwudziestosześcioletni młodzian. Gdybym żyła w innym kraju, na przykład arabskim, Rafał spokojnie mógłby być moim synem. Tam kobiety dojrzewają i rodzą o wiele wcześniej niż w Europie, a mnie i tego młokosa dzieliło trzynaście lat różnicy, na jego korzyść oczywiście. Konkluzją tego wywodu jest to, że nie byłam jego matką. Tym, jak nazwać to co nas łączyło, zajmę się trochę później.
– Usiądź na chwilę, bo zaraz zwymiotuję!
– Przestań mówić mi co mam robić, nie jesteś moją matką!
Naprawdę nie wiem skąd mam w sobie tyle cierpliwości do tego gówniarza. Chociaż nie, dziś moja cierpliwość, a może raczej obojętność, bierze się z trzeciego kieliszka chardonnay. Ale jak bozię kocham, kiedyś nie będę miała pod ręką alkoholu i wtedy go rozszarpię.
– Znów mnie analizujesz? Już tyle razy cię prosiłem, żebyś w domu, wobec mnie przestała być psychiatrą.
– W jakim domu?
– I to podobno ja jestem niedojrzały!
Nienawidziłam gdy trzaskał drzwiami, a już szczególnie wejściowymi, chociaż ostatnio w jego przypadku to drzwi raczej wyjściowe. Wprawdzie takie wyliczenie zaprzecza chyba prawom fizyki, lub wskazuje na to, że wchodząc do mojego domu musiałby kilka razy skorzystać z okna, natomiast wychodzić zawsze drzwiami. Chyba nie powinnam więcej pić.
W końcu błoga cisza. Zero rozwydrzonych i rozhisteryzowanych dwudziestoparolatków i ten procentowy szum w głowie. Zdejmuję ręce z oparcia kanapy i chowam twarz w dłoniach. Jestem zmęczona. Nie tak to miało wyglądać.

*2*

W drzwiach mojego gabinetu stanęła młoda dziewczyna. Wiekowo w sam raz dla Rafała – cholera, muszę przestać tak myśleć. Rozbieganym wzrokiem ogarnęła pokój. Jest u mnie po raz pierwszy.
– Proszę, niech pani usiądzie.
Nieustannie wodziła wzrokiem po całym pomieszczeniu, skrupulatnie omijając moją postać.
– Rzucił mnie chłopak!
– I…
– I?! I nic! To wszystko! To największa tragedia w moim życiu! Od razu mówiłam matce, że to będą wyrzucone pieniądze! Wiedziałam, że jest pani za stara, aby mnie zrozumieć!
Zaraz rzucę się tej małej do gardła. „Jesteś za stara…”, „nie jesteś moją matką” – co jest? Skończył się okres ochronny dla kobiet przed czterdziestką i zastąpił go sezonowy wolny odstrzał. Przedstawicielka zdołowanej młodzieży siedziała naprzeciwko mnie i nadal krzyczała.
– On był moim powietrzem! Był całym moim życiem! Teraz już nie mam nic! Nic!
– Kochałaś go?
– Pani próbuje mnie sprowokować?!
Uśmiech. A jednak jest jeszcze logiczne myślenie za tymi niebieskimi, rozbieganymi oczkami. Zaczynamy terapię. Nie będzie to nasze ostatnie spotkanie. Choć po tej wizycie mogłabym twierdzić, iż wystarczyłby tu psycholog. Jednak coś w niej, czego nie umiałam jeszcze nazwać, bardzo mnie niepokoiło.

*3*

Jak poznałam Rafała – wysokiego, szczupłego szatyna, z oczami w kolorze niebieskiego szkła, wyszlifowanego przez morskie fale. Romantycznie? Nie do końca.
Pakowałam zakupy do bagażnika gdy poczułam, że ktoś na mnie patrzy. To zimne niebieskie spojrzenie miało w sobie coś hipnotyzującego. Nagle usłyszałam huk rozsypujących się zakupów – pękła jedna z siatek. Nawet nie wiem kiedy, obserwujący mnie wcześniej młody człowiek, znalazł się koło mnie i pomagał w ogarnięciu powstałego bałaganu.
– Mam na imię Rafał.
Uśmiechnęłam się lekko.
– Dziękuję za pomoc.
Jego oczy i głos budziły we mnie dziwny niepokój.
– Ida. To raczej rzadkie imię – usłyszałam zamykając bagażnik.
Przez mój mózg, jak błyskawica przeleciała myśl, czy gdzieś na samochodzie mam wypisane własne imię. Nie, na pewno nie, więc skąd… Po chwili stwierdziłam, że fakt iż wie kim jestem, w dziwny sposób mnie uspokoił. Odwróciłam się. Stał i patrzył na mnie ze smutnym uśmiechem.
– Twoja mama była moją pacjentką. To są te morskie, smutne oczy, o których opowiadała, i które po niej odziedziczyłeś.
– Tak je nazywała? Zostawiła mi list, że pani jest jedyną osobą, która wie o niej wszystko i jeśli będę miał jakieś pytania, to tylko pani możesz mi na nie odpowiedzieć.
– A mnie na jednej z ostatnich wizyt kazała obiecać, a raczej przysiąc, że jeśli się kiedyś pan pojawi, odpowiem na wszystkie pana pytania dotyczące jej osoby. Bałam się tego dnia. A teraz jest pan tu. Ale parking przed hipermarketem to chyba kiepskie miejsce na takie rozmowy.
– Ma pani rację. Spotkajmy się gdzie indziej, byle nie w gabinecie. Nie chcę zostać pani pacjentem.
I znów ten smutny uśmiech.

*4*

Przerażający dźwięk telefonu wyrwał mnie ze snu. Półprzytomna popatrzyłam na zegarek – 3.20 w nocy. Ktokolwiek to jest ubiję, nawet jeśli to sam prezydent o poradę psychiatryczną.
– Słucham!
– Pytanie, czy cię obudziłem byłoby chyba nie na miejscu.
Krzysztof, moja sympatia z lat młodzieńczych. Chyba jedyny mężczyzna w moim życiu, który ciągle odchodzi i wraca, jak bumerang.
– Nie mogę zasnąć, a zawsze gdy mam problem ze snem, myślę o tobie. Musiałem zadzwonić. Co słychać?
– Ciebie! Dobranoc Krzysiu!
– Proszę cię, nie odkładaj słuchawki. Wystarczy, że będę słyszał twój oddech. Brzmi tak podniecająco gdy się denerwujesz.
– Jesteś obleśnie nienormalny!
– Gdybym był normalny, pewnie w ogóle byś ze mną nie rozmawiała.
Odłożyłam słuchawkę, a pod powiekami widziałam ten pełen satysfakcji uśmiech na twarzy Krzysztofa.
Pewnie nie wplątałabym w tę opowieść jego postaci, choć wypełniła wiele chwil w moim życiu, gdyby nie jego konfrontacja z Rafałem, do której dojdzie za jakiś czas. Ich drugie spotkanie będzie kosmicznym wydarzeniem w moim życiu.

*5*

– Słyszała pani o braku jedności dusz? Bo ja nie. Znaczy, już teraz tak. To coś było powodem, dla którego Tomek mnie zostawił.
Tak zaczęła się druga wizyta przedstawicielki młodego pokolenia, którą rzucił chłopak będący całym jej światem. Wcześniej zapomniałam ją przedstawić. Monika miała 22 lata, była jedynaczką studiującą „Estetykę ekspansywną we współczesnym świecie modelingu” – cokolwiek to znaczy. Skrupulatnie zapisałam sobie ten kierunek i już od jakiegoś czasu próbuję połączyć znaczenie kolejnych wyrazów w sensowną całość oraz wyobrazić sobie charakter wykonywanego po tym kierunku zawodu. I ni cholera mi to nie wychodzi.
W Monice fascynowały mnie przebłyski głęboko ukrytej inteligencji. Ale najbardziej zastanawiało mnie to co spowodowało, że ta inteligencja została zepchnięta w tak głębokie czeluście podświadomości.
– Tomka poznałam miesiąc temu.
– Miesiąc?
– A to dla pani dużo, czy mało?
– To zależy jak na to spojrzeć.
– Czy czas ma jakiekolwiek znaczenie gdy w grę wchodzi miłość?
– Wspominałaś o braku jedności dusz.
– No tak mi powiedział. Gdy minął miesiąc naszego związku myślałam, że wszystko się doskonale układa, a Tomek zamierza mi się oświadczyć. Wtedy on wypalił, że nie czuje ze mną jedności dusz. Wmurowało mnie. Nie wiedziałam o czym do mnie mówi i co mam myśleć.
– Czy Tomek był twoim pierwszym chłopakiem?
– Nie. Ale był pierwszym, z którym chciałam założyć rodzinę. I był tak inny od mojego ojca.
„Ojciec” – to będzie nasze słowo klucz.

*6*

Serce waliło mi jak przed egzaminem końcowym na studiach. Jakby chciało wyskoczyć z klatki piersiowej. Już dawno się tak nie denerwowałam. Za chwilę miałam spotkać się z Rafałem. Nie wiedziałam o co będzie pytał. Co z życia jego matki go interesuje. Poza tym, nawet jak dla psychiatry, to była dość nietypowa sytuacja – opowiadać komuś o tym co mówiła mi jedna z pacjentek. Szczególnie komuś tak jej bliskiemu. Gdy przypomnę sobie Teresę – matkę Rafała, zawsze czuję dziwne wzruszenie.
Gdy po raz pierwszy przyszła do mojego gabinetu pomyślałam, że musiała wiele przeżyć. Była szczupłą, wysoką kobietą, ze smutnymi niebieskimi oczami. Na zewnętrznych stronach dłoni miała dziwne blizny. Jak się później okazało, takie same blizny miała po ich wewnętrznych stronach i w wielu innych miejscach ciała. Jej drobne stopy rzucały się w oczy, w porównaniu do jej wysokiego wzrostu. Długie, siwe, proste włosy zawsze czesała w kok. Lubiłam gdy przychodziła do mnie w wietrzną pogodę, wtedy jej fryzura nabierała artystycznego nieładu. Ręce trzymała skrzyżowane na brzuchu, jakby sama się obejmowała. Nosiła długie, jednokolorowe sukienki za kolano, przewiązane w pasie wstążką. Wszystkie sukienki, w których ją widziałam miały długie rękawy, niezależnie od pogody. Zakrywały wspomniane już blizny. Była blada i często traciła równowagę. Już po drugiej jej wizycie wiedziałam, że nie przychodziła do mnie jako do psychiatry. Wybrała sobie mnie na spowiednika. Czułam, że jej spowiedź miała ukryty, ale konkretny cel.
Ze wspomnień o Teresie wyrwał mnie dzwonek do drzwi.
– Witaj, zapraszam.
Otwierając Rafałowi, uświadomiłam sobie, że zupełnie nie pamiętam w co był ubrany poprzednim razem, gdy się widzieliśmy. Teraz miał na sobie stalowe spodnie, ciemnopopielate półbuty, czarną koszulę i skórzaną kurtkę. W ręku trzymał butelkę chardonnay, mojego ulubionego wina.
– Może mówmy sobie na ty. Wejdziesz, czy będziesz tak stał?
– Myślę, że to nie jest dobry pomysł. Jestem młodym mężczyzną, który wieczorem przychodzi do samotnie mieszkającej kobiety, w dodatku z butelką wina. Masz wścibskich sąsiadów?
Jego twarz wyrażała oczekiwanie podszyte jakże szelmowskim uśmiechem. Moja, odliczanie do wybuchu bomby.
– Faktycznie zgrzytasz zębami, gdy się zdenerwujesz. Żartowałem. Bardzo chętnie zobaczę jak mieszka jeden z najlepszych psychiatrów w tym mieście, jeśli oczywiście nie popsuje to twojej reputacji.
– Skąd wiesz, że zgrzytam zębami jak się zdenerwuję?
– Od mamy.
– Co jeszcze o mnie wiesz?
– Po kolei. Najpierw otwórzmy wino, podobno to twoje ulubione.
Miałam wrażenie, jakby sytuacja wymykała mi się spod kontroli. Przez moment pożałowałam tego przejścia na ty.

*7*

Na początku siedzieliśmy w ciszy pijąc wino. Obserwowałam go, analizując najmniejszy szczegół jego mimiki. On rozglądał się po moim salonie.
– Zawsze tak skrupulatnie analizujesz swoich gości, czy dotyczy to tylko mężczyzn?
Jego sarkazm zaczynał mnie drażnić.
– A twój sarkazm jest wrodzony, czy wynika z zakłopotania zaistniałą sytuacją?
– Nie chcę żebyśmy grali w psychologicznego squasha. Przepraszam, masz rację, jestem zdenerwowany. Ja też bałem się tego spotkania. Bałem się, że obraz ciebie, jaki stworzyłem sobie w głowie, rozsypie się w zderzeniu z rzeczywistością.
– Mój obraz? – szybko jednak stwierdziłam, że to zły moment na pogłębianie tego tematu, ale cóż… – Rozsypał się?
– Nie. Raczej mam wrażenie, że nabiera barw.
Patrzył mi prosto w oczy. Nie unikał tego bezpośredniego kontaktu. Wręcz przeciwnie. Teraz to ja czułam się poddana analizie.
– Co studiowałeś?
– Spokojnie, nie studiowałem ani psychologii, ani tym bardziej medycyny. Pod tym względem masz przewagę.
– Tu nie chodzi o przewagę. Nie odpowiedziałeś na pytanie: Czego tak naprawdę się boisz?
– Obiecaj mi jedno, że nigdy nie będziesz prowadziła psychoanalizy mojej osoby.
– To tak, jakbym ci obiecała, że przestanę oddychać.
I znów ten smutny uśmiech.
– Nie mogę prosić cię o tak wiele. Ale czy możesz mi chociaż obiecać, że od czasu do czasu spróbujesz nie oddychać?
Tego wieczoru nie zapytał o swoją matkę. Może nie wiedziałam o Teresie wszystkiego, ale wiedziałam dużo. Była nieszczęśliwą kobietą, która swoim cierpieniem mogłaby obdzielić wiele osób. Zadziwiające jednak w całym tym cierpieniu, którego doświadczyła było to, że nie żałowała swoich decyzji. Uważała, że były jedynym słusznym posunięciem. Nawet pozostawienie syna pod opieką przyszywanej ciotki. Zastanawiałam się, czy Rafał jej to wybaczył. Czy raczej jest tu po to, żeby dopiero zrozumieć i wybaczyć?
– Gdzie się zatrzymałeś?
– Nie martw się, dam sobie radę. Będę kontaktował się z tobą telefonicznie lub czekał jak pies na wycieraczce. Dobranoc. Do zobaczenia.
– Dobranoc.
Niepokój narastał we mnie z każdą minutą po jego wyjściu. Nie umiałam go rozgryźć. Po raz pierwszy czułam się tak, jakby pacjent od początku wiedział o mnie więcej, niż ja dowiem się o nim przez całą terapię.

*8*

Był zimny i deszczowy wieczór. Siedziałam sama w domu i popijałam chardonnay, tłumacząc sobie, że to jeszcze nie jest objaw alkoholizmu. Starałam się uciszyć narastające w mojej głowie głosy pacjentów. Miałam wrażenie, że wariuję. Dzwonek do drzwi. Nikogo się nie spodziewam. Kontrolnie popatrzyłam w wizjer, to Rafał.
– Wiem, przepraszam miałem dzwonić. Jeśli nie masz czasu przyjdę kiedy indziej. Pijesz sama?
– Nie. Piję z tobą.
– Przecież nie wiedziałaś, że przyjdę.
– Ale przyszedłeś. Wszystko ok?
– A u ciebie?
– Wina?
– Często pijasz sama?
– Mieszkam sama. Wiele rzeczy robię sama. Umówmy się, że jeśli na ponad połowę naszych spotkań, na przykład połowę z dwudziestu, o ile do tylu dojdzie, będę piła, to wtedy będziesz mógł zaproponować mi odwyk. Wina?
– Jesteś niemożliwa. Chętnie.
– Więc co się stało, że tu jesteś?
– Martwiłem się o ciebie. Miałem wrażenie, że nasze ostatnie spotkanie bardzo cię zaniepokoiło.
– Wrażenie? Niepokoi mnie wiele rzeczy.
– Na przykład, gdy ktoś obcy wie o tobie więcej niż byś chciała. Nie lubisz jak ktoś wie, jakie trzymasz w ręku karty.
– Czuję się przy tobie, i nie wierzę, że to powiem, roznegliżowana. Tak, to bardzo mnie niepokoi.
– Uwierz mi, przy mnie jesteś całkowicie bezpieczna.
– Pytanie, czy ty jesteś bezpieczny przy mnie.
– Proszę, nie kuś mojej wyobraźni – i znowu patrzył mi prosto w oczy.
Żaden mężczyzna, nie budził we mnie dotąd tak dziewczęcej nieśmiałości. Nie byłam przyzwyczajona do takiego uczucia, i chyba to właśnie tak mnie drażniło. Nie umiałam sobie z nim radzić. Przy tym tajemniczym 26-latku, czułam się czasami jakbym była od niego młodsza, ale przede wszystkim jakbym znała go od wielu lat.
– Może jakoś rozładujemy to napięcie? – zaproponował Rafał.
– To znaczy jak?
– Nie wiem, oglądnijmy jakąś komedię. A o czym pomyślałaś?
– Czyli to jeszcze nie jest ten moment, w którym zapytasz o swoją mamę?
– Nie, to jeszcze nie jest ten moment. Ale cudownie odwracasz kota ogonem. Kochaj się ze mną.
– Słucham?!
– Sprawdzałem tylko, czy jesteś czujna – uśmiechał się łagodnie – Przepraszam.
– Przestań wygadywać głupoty, to nie będziesz musiał ciągle przepraszać.
– Miałaś ciężki dzień?
– Prawie każdy mój dzień jest ciężki. Niezależnie czy pojawisz się w nim ty, czy nie.
– Budzę twoją agresję, bo nie wiesz jak mnie rozgryźć?
Zaraz go pobiję. Faktycznie, nie wiedziałam jak go rozgryźć. Nawet nie wiedziałam, od której strony zacząć. Zaczynałam zastanawiać się, po co tak naprawdę pojawił się w moim życiu.
– Chyba faktycznie włączę jakiś film – może to pozwoli mi na złapanie równowagi psychicznej.

*9*

Otworzyłam oczy. Zorientowałam się, że leżę na dywanie w moim salonie. Boże, urwał mi się film przy 26-latku! Jestem alkoholiczką! Rafał siedział oparty o kanapę i patrzył na mnie.
– No, to pierwszą wspólną noc mamy za sobą – jego uśmiech był słodko cudowny i niezwykle wkurzający – choć nasz kontakt fizyczny ograniczył się do przykrycia cię kocem. Całą noc siedziałem obok i nawet cię nie dotknąłem. Chciałem z góry to wyjaśnić, żebyś nie złapała za jakieś ostre narzędzie, albo ciężki szklany przedmiot.
– Nie spałeś?
– Nie. Obserwowałem cię. Śpisz bardzo niespokojnie. Chyba przydałyby ci się wakacje.
– I może powinnam je spędzić z tobą?
– Pójdę już. Nie będę nadwyrężał twojej gościnności prosząc o śniadanie. Do zobaczenia.
Głowa mi pękała. Nie wiedziałam nawet jaki to dzień. Popatrzyłam na mój uniwersalny elektroniczny kalendarz – sobota. Obróciłam się by zaglądnąć w terminarz wizyt pacjentów. Cudownie – fajrant – wolny weekend. Napuściłam sobie wody do wanny. Już miałam do niej wchodzić, gdy znowu usłyszałam dzwonek do drzwi. Jeszcze moment, a będzie to najbardziej znienawidzony przeze mnie dźwięk. A może po prostu go wymontować.
Przekonana, że to Rafał czegoś zapomniał, otworzyłam z rozmachem.
– Krzysztof? – nie ukrywajmy, moje zdziwienie było w stu procentach nieudawane.
– Witaj skarbie. Chciałem sprawić ci niespodziankę, ale widzę, że wiedziałaś o moim przyjeździe. Jedwabny szlafrok, pewnie wanna pełna wody.
– Doskonale wiesz, że o niczym innym nie marzę i na nikogo innego nie czekam w sobotnie przedpołudnia, tylko na ciebie.
– To od razu idziemy do wanny, czy może zaczniemy od kawy?
Kurwa, to jakaś inwazja!
– Krzysiek, nie mam nastroju! To pierwsza sobota, od nie pamiętam kiedy, bez wizyt i innych nagłych planów.
– Kochanie, nie złość się. Stęskniłem się za tobą. Nie widzieliśmy się już cztery miesiące. Sam zrobię sobie kawę i poczekam, aż się wykąpiesz – i ta jego mina słodkiego szczeniaka, który wielkimi, smutnymi oczami przeprasza, że nasikał ci na dywan. Nienawidzę go.
Dałam za wygraną.
– Czuj się tradycyjnie, jak u siebie. Zejdę jak się wykąpię.
– Będę czekał.
Dojrzewałam do decyzji, żeby samej sobie przepisać, jakieś silnie uspakajające leki. Wdech. Staraj się nie myśleć, że jest na dole. Gorąca kąpiel. Zamknęłam oczy, nabrałam powietrza i zanurzyłam się pod wodę. Nie spędziłam tam nie wiadomo ile czasu, bo mistrzynią w powstrzymywaniu oddechu nie jestem. Wynurzyłam się i przetarłam twarz.
– Wszystko ok? Raczej nie zanurzasz się cała. Powinienem się o ciebie martwić?
Krzysztof siedział na krześle naprzeciwko wanny. Z kawą. Cholera, ile ja byłam pod tą wodą?!
– Nie wiem. Mam wrażenie, że pękają kolejne linki mojego życia. Że przestaję nad nim panować.
– Nie krzyczysz na mnie, nie rzucasz we mnie gąbką, mydłem i innymi rzeczami, które masz pod ręką. To znaczy, że nie jest dobrze. Jakiś nowy pacjent, a może facet?
Czasami miałam wrażenie, że nikt nie zna mnie tak jak Krzysiek. A jednocześnie nie znałam większego egoisty.
– Nie do końca.
– Jadłaś coś?
– Śniadanie.
– Ale mamy już raczej porę obiadową. Zamówimy coś, czy gdzieś pójdziemy?
– Możemy gdzieś pójść.
– To czekam na dole. Nie śpiesz się.
Czasami miałam ochotę się na niego rzucić, zedrzeć z niego ubranie i…i tak dalej. A czasami – rzucić się i rozdzierać kawałeczek po kawałeczku, rozrzucając jego szczątki po pokoju. Jednak perspektywa sprzątania, znacznie zniechęcała mnie do drugiej wersji.

*10*

I znowu dźwięk telefonu. Dzwonek, telefon. Telefon, dzwonek – szatańskie wynalazki postępu technicznego.
– Słucham.
– Pani dr Ida Zenewicz? – z drugiej strony słuchawki brzmiał głos roztrzęsionej kobiety.
– Tak, słucham.
– Jestem matką Moniki Kalewskiej, pani pacjentki. Jestem w szpitalu miejskim. Moja córka próbowała się zabić. Myślę, że jest pani jej potrzebna. Proszę, błagam, niech pani przyjedzie.
Popatrzyłam na zegarek, była 6.13 w niedzielę.
– Będę jak najszybciej.
Pobiegłam do sypialni wyciągnąć coś z szafy, przy okazji budząc Krzysztofa.
– Gdzie byłaś?
– Nieważne. O której masz busa?
– Planowałem wrócić tym o 17. Co się dzieje?
– Muszę jechać do szpitala, do jednej z moich pacjentek. Jakbym nie wróciła do 16, zamknij drzwi i wrzuć klucze do doniczki, albo zostaw u sąsiadów, tych po prawej.
– Jest niedziela rano. Przecież nie masz obowiązku jechać do niej. Chciałem z tobą na spokojnie pogadać.
– Może następnym razem.
– Czyli z góry zakładasz, że nie wrócisz do 16.
– Trzymaj się. Zdzwonimy się.
Złapałam jakieś jeansy i bluzę i wbiegłam do łazienki. W szpitalu byłam zaraz po 7. Gdy szłam przez korytarz podbiegła do mnie szczupła, dość niska, znerwicowana kobieta.
– Doktor Ida? Jestem mamą Moniki – Jadwiga Kalewska. Monika jest na płukaniu żołądka. Czy uważa pani, że jedynym wyjściem będzie zamknięcie jej w psychiatryku?
Bardzo nie lubiłam tego określenia. Pani Jadwiga złapała mnie ze ramiona i zaczęła mną potrząsać. Mimo, że sięgała mi do brody, stres w jakim się znajdowała sprawiał, że do słabych nie należała. Dodatkowo jej wysoki tembr głosu powodował, że mój mózg wpadał w nieznośne wibracje. Wyrwałam się z jej uścisku.
– Pani Jadwigo, niech się pani uspokoi!
– No, ale to chyba jedyne wyjście.
– Ale dla pani, czy dla Moniki?
– Ja już nie mam siły. Nie wiem co robić. Nie mogę jej pilnować cały czas.
– Czyli to nie pierwsza jej próba samobójcza?
– Nie.
– A która?
– Trzecia. Trzecia od rozstania z Tomkiem.
– A wcześniej?
– Nie, wcześniej nie miała takich odchyłów od normy. Poleciła mi panią moja koleżanka. Myślałam, że pani sobie z tym poradzi.
– Nie jestem jasnowidzem pani Jadwigo. Z Moniką spotkałam się raptem dwa razy. Dziwiło mnie dlaczego wybrała pani dla niej psychiatrę a nie psychologa. Ale teraz już wiem. Szkoda, że się pani ze mną nie skontaktowała wcześniej. Jednak uważam, że kierowanie Moniki do kliniki psychiatrycznej, to zbyt pochopna decyzja.
– To wszystko przez jej ojca. To po nim odziedziczyła te wady psychiczne, te złe geny.
Jest niedziela rano, a ja już mam ochotę uszkodzić rozhisteryzowaną matkę mojej pacjentki. To będzie kiepski dzień.
– Pani Jadwigo, proszę usiąść i spróbować się uspokoić. Zaraz wrócę.
– Ida, co tu robisz?
Naprzeciwko mnie korytarzem szła moja koleżanka ze studiów, która nie wybrała psychiatrii – spryciara.
– Cześć Kasiu. Możesz tamtej pani podać coś na uspokojenie?
– Ta młoda, z valium w żołądku to twoja pacjentka?
– Z valium? – popatrzyłam na Jadwigę, nerwowo obgryzała paznokcie. Średnio lubiłam terapie rodzinne – A jak ona się czuje?
– Wiesz, jak to jest po płukaniu żołądka, raczej średnio. Ale przeżyje. Idź do niej. Sala nr 8.
– Dzięki Kasiu.
– To co, mamusi valium?
– Nie. Niech się podenerwuje.
– Widzę, że nie zmieniłaś swoich niekonwencjonalnych metod.
– Powiedz jej za chwilę, że z córką wszystko będzie dobrze. Przynajmniej na razie.
– Jasne. Do zobaczenia. Może spotkamy się na jakiejś kawie?
– Chętnie. Zadzwonię do ciebie. Nie zmieniłaś numeru?
– Nie.
Weszłam do sali. Monika, blada jak ściana leżała na łóżku. Cały czas szarpały nią odruchy wymiotne.
– Pani tutaj? Przepraszam. Nie planowałam tego. Jakoś tak wyszło. Nie umiem bez niego żyć. Chcę żeby wrócił. Zaraz zwymiotuję.
Minęło ponad półtorej godziny. Monika uspokoiła się i w końcu zasnęła. Postanowiłam spróbować porozmawiać z jej matką. Siedziała na korytarzu tam gdzie ją zostawiłam i coś nuciła.
– Od jak dawna chodzi pani do psychiatry?
– Słucham?
– Monika nałykała się diazepamu. Raczej nie kupiła go w kiosku ruchu.
– Czego?
– Valium. To chyba pani leki?
– Zarzuca mi pani, że jestem złą matką? Od dawna chodzę do psychiatry. Ale chyba zauważyła pani, że nie należę do ludzi stabilnych emocjonalnie.
Pięknie powiedziane. Już wiedziałam, kto jest lekarzem pani Jadwigi. Jednak nie będę tu rozpatrywała zasadności bycia psychiatrą przez tego pana, gdyż równie dobrze można by się zastanawiać nad zasadnością uprawiania psychiatrii przeze mnie.
– Nie zarzucam pani złego podejścia do macierzyństwa. Usiłuję tylko ustalić, skąd Monika miała dostęp do takich leków.
– Co z nią?
– Zasnęła. Miejmy nadzieję, że będzie dobrze. Dlaczego chce ją pani wysłać do zakładu?
– Żeby nie robiła sobie więcej krzywdy.
– Wspomniała pani o jej ojcu. Dlaczego uważa pani, że złe geny odziedziczyła właśnie po nim?
– To był zły człowiek. Krótkie, namiętne uczucie do niego, którego owocem jest moja córka, o mało nie przypłaciłam życiem. Monika go nie znała. Podobno zmarł jakiś czas temu. Nie utrzymywałam z nim kontaktów.
Skoro Monika go nie znała, to stwierdzenie „Tomasz był tak inny od mojego ojca”, którego użyła podczas ostatniej wizyty, było zmyślone, albo nie przyznała się matce do czegoś. Zrozumiałam, że aby pomóc tej dziewczynie, muszę ustalić, która Monika leży teraz w szpitalu, a która przychodziła do mojego gabinetu. Na ile są od siebie uzależnione oraz która z nich jest silniejsza. Byłam pewna, że nie chodziło tu o rozdwojenie osobowości a raczej o świadome stworzenie swojego alter ego. Monika prawdopodobnie zrobiła to dla poczucia własnego bezpieczeństwa.
– Chciałabym, żeby za jakiś czas przyszła pani do mnie razem z Moniką, ale jeszcze nie teraz. I o ile ona się na to zgodzi. Jak na razie proszę, aby swoje leki trzymała pani jak najdalej od córki.
Przy łóżku Moniki siedziałam jeszcze kilka godzin. Do domu wróciłam około 18. Krzysztofa już nie było. Zostawił mi liścik.
„Jak zwykle cudownie było z tobą spędzić kilka chwil, miałem nadzieję, że będzie ich o kilka więcej, ale cóż. Całuję cię namiętnie gdzie tylko chcesz. Pamiętaj, że zbliżamy się do czterdziestki;) Odezwę się.”
Nie chciałam teraz myśleć o naszej niepisanej umowie o zbliżaniu się do czterdziestki. Byłam zmęczona i bardzo głodna. Od rana wypiłam tylko kawę w gabinecie u Kaśki. Zapuściłam moją ukochaną, choć może trochę dołującą płytę, i ruszyłam w stronę lodówki. Mój „wolny” weekend drastycznie dobiegał końca.

*11*

– Można dzwonić i walić w drzwi, aż do usranej śmierci i nic. Bez najmniejszego problemu można cię okraść, albo nawet zabić i tak byś niczego nie usłyszała. Jak możesz żyć w takim huku?
Na środku salonu stała moja mama. Mimo bardzo głośnej muzyki, nie miała większych problemów z jej przekrzyczeniem. Złapałam za pilota i wyłączyłam wieżę.
– Cześć mamo.
– Nie dzwonisz, nie dajesz znaku życia, wszystko ok?
– Napijesz się czegoś?
– Znów był u ciebie Krzysztof?
Moja rodzicielka siadała na kanapie, trzymając w ręku list od Krzyśka i patrzyła na mnie z wielką dezaprobatą.
– Rozumiem, że jesteś sama i masz swoje potrzeby, ale wiesz, że nie pochwalam tego waszego dziwnego układu.
– Przyszłaś się nade mną pastwić?
– Co się dzieje?
Wstała, podeszła do mnie i położyła mi ręce na ramionach.
– Chyba jestem przemęczona.
– A mówiłam, że powinnaś zrobić sobie urlop i wyjechać chociaż na dwa tygodnie, gdzieś do ciepłych krajów.
– Tak, mówiłaś.
– Ale ty mnie nigdy nie słuchasz. A ja się o ciebie martwię i chcę jak najlepiej.
– Wiem mamo. Ale ty jako lekarz powinnaś wiedzieć najlepiej, jak ciężko jest zostawić pacjentów. Ty dojrzewałaś do tego ponad czterdzieści lat.
– Ale ty, mając mnie za przykład, powinnaś nauczyć się tego dużo wcześniej.
– Chcesz zielonej herbaty?
Rozmowy z moją matką nie należały do łatwych, szczególnie jeśli rodzinny nastrój zepsuła „skrywana” wizyta Krzyśka.
– No a co u Krzysztofa? – jej mina oznaczała, że udzieliła już sobie odpowiedzi na to pytanie.
– Po co pytasz skoro go nie lubisz.
– Spotykasz się z nim, więc chyba mam prawo zapytać.
– Nie spotykam się. Po prostu od czasu do czasu ze sobą sypiamy – to okropne, ale satysfakcja z takiej odpowiedzi była jak szampan z truskawką. Moja mama zacisnęła zęby i wciągnęła duży haust powietrza – Mamo, proszę nie prowokuj mnie do takich dyskusji.
– Dziecko, wiesz, że chodzi mi tylko o twoje dobro, a Krzysztof z pewnością cię nie uszczęśliwi.
– Ale on mnie uszczęśliwia mamo. Raz na jakiś czas mnie uszczęśliwia. A do tego nie muszę go tu mieć na co dzień. Uwierz mi, to wielkie szczęście.
Układ z moją mamą był raczej partnersko-koleżeński. Potrafiłyśmy usiąść przy winie i bez końca rozmawiać o facetach, seksie, pozycjach, problemach, rozczarowaniach, uczuciach. Nawet kiedyś kupiłam jej i jej partnerowi książkę o Kamasutrze, taki mały symbol wyzwolenia. Ale czasami jej nadopiekuńczość zamykała mi dopływ tlenu do mózgu i zaczynałam się dusić. Bardzo długo z nią mieszkałam. Wyprowadziłam się z domu, gdy miałam 32 lata. Mieszkam sama od siedmiu lat, a ona jeszcze się nie przyzwyczaiła, że nie jestem już jej małą córeczką. Potrafiła do mnie zadzwonić z hasłem „widziałam cię dzisiaj na ulicy. Mam nadzieję, że twój ubiór wynikał z porannego braku czasu?”. Kochałam ją nad życie, ale czasami jej ciężar był nie do zniesienia.
– Prowokujesz mnie? Znacie się z Krzysztofem tyle lat. Jeśli traktuje cię poważnie, powinien ci się oświadczyć.
– Ale mamo, zrobił to już trzy razy. Moja odpowiedź zawsze brzmiała „nie”.
– I dobrze, bo byś cierpiała. On żyje tylko dla siebie.
– A co u Piotra? – to partner mojej mamy.
– Dobrze, ale nie zmieniaj tematu.
– Nie zamierzam dłużej rozmawiać z tobą o Krzyśku.
– A jak w pracy? Jak pacjenci? Nadal nazbyt angażujesz się w ich problemy?
– Czy nie możesz zadać chociaż jednego pytania bez z góry zakładanej odpowiedzi. W pracy jest ciężko, poza nią też nie jest łatwo, ale jakoś pcham ten syzyfowy kamyczek.
– Skarbie musisz odpocząć. Nie można się tak zarzynać. W końcu organizm tego nie wytrzyma.
– Wiem mamo. Odpocznę jak tylko wyprowadzę na prostą pewne sprawy.
– Może wpadniesz jutro do nas na obiad?
– Nie wiem czy zdążę, ale jeśli mi się uda to bardzo chętnie. Dam znać.
– To mam nadzieję, że do jutra. Idź spać i nie słuchaj tak głośno muzyki, bo w końcu ogłuchniesz.
– Dobranoc mamo. Pozdrów Piotra.

*12*

Poniedziałek minął bez większych ekscesów. Pacjenci, wizyta w szpitalu u Moniki. Uspakajanie jej matki, która na cały szpital zrobiła awanturę, że wypisywanie jej córki do domu to wieki błąd. O dziwo udało mi się także dotrzeć na obiad do mojej mamy. Wieczorem skonana wracałam do domu. W jednej ręce zakupy, w zębach torebka, między nogami – teczka z dokumentami i próba trafienia kluczem w dziurkę po omacku, to prawie codzienna moja przydrzwiowa joga.
– Czego najbardziej nie lubisz w swojej pracy?
Podskoczyłam jak poparzona. Nie spodziewałam się, że tuja stojąca w donicy przy moich drzwiach przemówi nagle męskim głosem.
– Czy ty zawsze będziesz się pojawiał jak ufoludek, który ze ściśniętym z podniecenia pęcherzem wylądował na nowej planecie?
– To psychiatryczne określenie? – Rafał podniósł moją teczkę i torebkę, które odruchowo upuściłam gdy mnie wystraszył – Uważam, że takie zaskakiwanie cię jest o wiele bardziej ekscytujące, niż umawiane spotkania.
– Ale ja lubię umawiane spotkania. Jak sama nazwa wskazuje, są z góry zaplanowane i nie rozpieprzają mi całego dnia lub wieczoru.
– Może napijemy się herbaty? Bo myślę, że z winem powinnaś sobie zrobić przerwę.
– Często plączesz się tak przy moim domu? Sprowokowanie sąsiadów do wezwania policji, to jest twój sposób dbania o moją reputację?
– Wezmę zakupy.
– Nie Rafał. Mam dość. Pojawiasz się nie wiadomo skąd. Zaczynasz wchodzić w moje życie. Nic o tobie nie wiem. Jestem zmęczona. Czy dzisiaj nastanie ten moment, kiedy zapytasz o swoją matkę?
– Nie wiem. Pewnie nie.
– Więc życzę ci miłego wieczoru, gdziekolwiek go spędzisz, bo nie będzie to mój dom.
Wrzuciłam do domu wszystkie pakunki i zamknęłam drzwi, zostawiając przedstawiciela znacznie młodszego pokolenia na wycieraczce. Oczywiście po chwili zrobiło mi się głupio, a jednocześnie byłam ciekawa czy czeka, czy poszedł. Nacisnęłam na klamkę. Rafał ciągle stał przed drzwiami, a w rękach trzymał kwiaty. Dobry jest. Może to jakiś superbohater. Wycieraczka – nanosekunda – kwiaciarnia – nanosekunda – wycieraczka.
– Nie będę mówił przepraszam bo wiem, że cię to denerwuje.
Zabiję go. Każdy sąd mnie uniewinni.
– Idę się odświeżyć. Tam masz wazon. Wstaw kwiaty do wody, przycinając najpierw końcówki.
– Słucham?
– Ha! Możesz je nawet wyrzucić do kosza, mam to gdzieś.
Poszłam na górę. Nagle uświadomiłam sobie, że właśnie zostawiłam w moim salonie, koło torebki z dokumentami, kartami, pieniędzmi i kluczami, zupełnie obcego człowieka. Człowieka, który doskonale mógłby wpisać się w schemat wymyślony przez moją matkę – potencjalnego złodzieja lub zabójcy. Chyba popadam w paranoję. Przecież spędził już w moim domu noc i jakoś spokojnie przy nim spałam.
Po kilku minutach wróciłam na dół.
– Zaparzyłem ci zieloną herbatę, bo tylko taka stała na wierzchu, a nie chciałem grzebać po szafkach.
Chyba szybko zrobiłoby mi się smutno, po tym jakbym go już zabiła.
– Odpowiesz na moje pytanie?
– Które?
– Czego najbardziej nie lubisz w swojej pracy?
– Rafał, a czym ty się tak właściwie zajmujesz?
– To zależy od miejsca i czasu.
– A w obecnej czasoprzestrzeni? Oczywiście pomijając nękanie mojej osoby.
– Można powiedzieć, że teraz jestem na wakacjach. A tak poza tym mam swoją małą firmę. Czy to coś zmienia?
– Dlaczego nie pytasz o swoją matkę?
– Bo jeszcze nie jestem na to gotowy. Myślałem, że dam radę, ale nie. Przyjechałem tu pod wpływem jej listów. Listów o tobie. Ale kiedy cię zobaczyłem zrozumiałem, że nie jestem tu żeby pytać o nią i rozgrzebywać przeszłość, ale żeby poznać ciebie. Powiedz proszę czego najbardziej nie lubisz w swojej pracy?
– Wizyt i konsultacji w klinice psychiatrycznej. Bezsilności, gdy wiem, że nie mogę pomóc, albo gdy nie potrafię. Zawsze zastanawiałam się, dlaczego nie ograniczyłam się do psychologii. Po co były mi te ciężkie studia medyczne? Jak ty to robisz, że ci się zwierzam?
– Po prostu słucham. Jesteś zmęczona. Pójdę już. Obiecuję, że następnym razem zadzwonię. Spokojnych snów. I odsłuchaj sekretarkę bo miga, jak zwariowana.
Nagle się pojawiał, nagle znikał i zostawiał mnie z wielkim, migającym pytajnikiem nad głową. Z jednej strony miałam świadomość, że nic o nim nie wiem, a z drugiej poczucie jakbym znała go od wielu lat. Gdy wyszedł, zaczęłam się zastanawiać, czy jest rzeczywisty, czy go sobie przypadkiem nie wymyśliłam.
Wcisnęłam guzik przy sekretarce:
„Kochanie, nawet nie wiesz jaka jesteś zmęczona. Koniecznie musisz odpocząć. Całuję. Mama” – tak jakbym nie wiedziała.

*13*

– Idka? Co u ciebie? – tylko Karola mogła mówić do mnie Idka – Babskie piwko w piątek! Nie przyjmuję odmowy. Jak nie, to przyjedziemy z procentami do ciebie do gabinetu i możesz wtedy zostać posądzona o wpędzanie pacjentów w alkoholizm.
Przyjaźniłyśmy się od wielu lat. Była bardzo roztrzepaną osobą. Czasami zastanawiałam się jakim cudem dożyła trzydziestki i żyła dalej. Długo można by analizować, czy zdarzenia z jej życia świadczą o tym, że miała wyjątkowego pecha, czy raczej wyjątkowe szczęście. Karola niedawno wyszła za mąż i usilnie próbowała zapisać mnie na jakiś portal randkowy, tłumacząc mi, że Krzysztof nie jest żadną alternatywą prawdziwego związku. Doskonale o tym wiedziałam. I nie żeby portal towarzyski był taką alternatywą.
– Kochanie, chętnie się rozerwę. O której i gdzie to piwko?
– Ha! Wiedziałam, że nie odmówisz. Poza tym musisz nam opowiedzieć o Tajlandii. Doszły mnie słuchy, że Łukasz miał tam niezłe przygody.
– Nie będę zdradzała tajemnic mojego kuzyna. Zresztą powiedział, że jeśli to zrobię, to mnie zabije.
– Jasne.
– Karola, a może wpadniecie do mnie?
– Nie kochana. Wychodzimy na miasto. Nie chcesz na portal, to pójdziesz na żywioł.
Jej entuzjazm był zaraźliwy i bardzo mi teraz potrzebny.
– No to do piątku. Całusy.
Łukasz to mój kuzyn, dzielą nas trzy pokolenia. Poznaliśmy się i zaprzyjaźnili na pogrzebie mojego dziadka. Początek naszej znajomości to właściwie tylko rodzinne pogrzeby i wspólne miasto studenckie. W czasach młodości potrafiliśmy godzinami gadać przez Internet. Z biegiem czasu moja mama wysnuła własną tezę, że to nie jest tylko sympatia kuzynowska, ale że mamy się ku sobie. Pewnego dnia przyszła do mnie do pokoju, usiadła na łóżku i powiedziała:
– Warszawscy genetycy uważają, że nie ma większych przeciwwskazań żebyście mieli dzieci.
Chyba nigdy moje oczy nie były tak wielkie. Wyglądałam jak Czarodziejka z księżyca. Na twarzy miałam tylko oczy i w ogóle nie wiedziałam o czym ona do mnie mówi.
– Jacy genetycy? Jakie dzieci? Z kim?
– Nie udawaj, przecież widzę, że coraz bardziej się zbliżacie z Łukaszem, więc zadzwoniłam do kliniki genetycznej i zapytałam czy wasze dzieci będą zdrowe. Problem może być tylko ze ślubem kościelnym, chyba będziecie musieli pisać o zgodę do papieża. Ale może cywilny wam wystarczy.
Patrzyłam na nią z rozdziawioną buzią, najgorsze było to, że mówiła śmiertelnie poważnie. Wniosek nasuwał mi się jeden – moja matka jest kosmitką.
– Przemyśl to kochanie. Jeszcze do tego wrócimy – i jakby nigdy nic wstała i wyszła.
To był moment, w którym upewniłam się co do zasadności wybranej przeze mnie specjalizacji psychiatrycznej. Niekoniecznie dla innych, ale głównie dla samej siebie.
Na szczęście po jakimś czasie kwestia ślubu z Łukaszem i płodzenia z nim dzieci z błogosławieństwem warszawskich genetyków, lecz niekoniecznie z błogosławieństwem papieża, umarła śmiercią naturalną. Mijający czas spowodował, że coraz rzadziej spotykaliśmy się i coraz rzadziej rozmawiali. Łukasz poznał dziewczynę, zresztą nie jedną. Lubił kobiety, szczególnie w dużych ilościach. A z damską liczbą mnogą nie miał problemów, gdyż w swej niestałości uczuciowej był niezwykle uroczy i szarmancki. Czasami pytał o psychologiczne aspekty pewnych damskich zachowań, które nawet mnie kobiecie – psychiatrze, było ciężko wyjaśnić.
Łukasz poznał Karolę jakiś czas temu. O dziwo nie podrywał jej, bo jak to uroczo ujął – „delikatnie nie jest w moim typie”. Żeby wszystko było jasne – kobiety w jakich gustował musiały spełniać trzy wymogi: proste w obsłudze, łatwe w dostępie i miłe w dotyku. Dwóch pierwszych punktów Karola na pewno nie spełniała. Kilka razy spotkaliśmy się we wspólnym gronie przy piwie, wymieniając się różnymi doświadczeniami. Lubiłam gdy Karola z Łukaszem zaczynali się kłócić o jego podejście do płci przeciwnej. Wtedy przez kilka chwil w lokalu było słychać tylko ich. O dziwo zdarzenia tajlandzkie były raczej poza grupą znajomych moich i Karoli, do której od czasu do czasu włączał się Łukasz. Dlatego myślałam, że w tym gronie temat ten nie wypłynie. Jednak jak widzę „tajlandzki głuchy telefon” miał większy zasięg.
Od czasu wycieczki do Tajlandii, czyli jakieś pięć miesięcy temu, Łukasz się uspokoił i można powiedzieć – ustatkował. Od pięciu miesięcy miał jedną i tę samą partnerkę. Do Tajlandii miałam jechać z nim i znajomymi, ale oczywiście coś mi wypadło i nie pojechałam. Na moje miejsce wskoczył brat Łukasza, z którym nie byłam tak blisko. Z Markiem łączyły mnie czysto rodzinne relacje, czyli bardzo rzadkie. Ale to właśnie dzięki niemu dowiedziałam się, co wydarzyło się w Tajlandii.

*14*

Jak obiecał, tak zrobił – zadzwonił. Chciał wpaść w piątek, ale byłam już umówiona z dziewczynami. Ponieważ spotkanie z nimi było bardzo ważne dla mojej równowagi psychicznej, zaproponowałam Rafałowi sobotnie popołudnie.
– A nie udałoby ci się wcześniej? To naprawdę ważne.
Przekonałam się, że jego telefony faktycznie były zbędne, a wystawanie za tują o wiele bardziej praktyczne. Co do mojej asertywności…poszła się paść.
– Możesz wpaść wieczorem, ale tylko na chwilę.
– Czy już jest wieczór?
– Stoisz za drzwiami?
– Ale zadzwoniłem.
Stał za drzwiami. Nie miał kwiatów, ani butelki wina, za to był cały przemoczony od deszczu.
– Nie masz parasola?
– A mogę nie odpowiadać na to pytanie?
– Wchodź, zaraz dam ci ręcznik. Ściągnij te mokre rzeczy, przyniosę szlafrok.
– Tak od razu przechodzimy do działania? – Gdyby mój wzrok mógł zabijać…- Cofam to co powiedziałem. A ten szlafrok będzie różowy?
Na wszelki wypadek nie odpowiadając, poszłam na górę. Wróciłam jak najszybciej. Rafał stał na płytkach w przedpokoju, a wokół niego utworzyła się mała kałuża.
– Gdzieś ty chodził? – podałam mu przyniesione rzeczy – przebierz się jak najszybciej i daj te ciuchy to wrzucę je do suszarki.
– To męski szlafrok.
– Przepraszam, a wolałeś damski?
– Skąd masz męski szlafrok?
– Przeginasz!
– Odpowiedz.
– To mój ukochany szlafrok, moja babcia kupiła go dziadkowi, nigdy go nie nosił. Cholera, dlaczego ja ci się tłumaczę.
– Wiesz, że jak jesteś zdenerwowana…
– Wiem, zgrzytam zębami!
– To też, ale oprócz tego zaczynasz przeklinać.
– Naprawdę, nie zauważyłam. Twoje wizyty powodują, że staję się sarkastyczna i agresywna.
Nagle zobaczyłam, że Rafał płacze. Chyba nie powiedziałam nic co mogłoby go aż tak urazić. Cholera jasna, ja przy nim zwariuję.
– Byłem na jej grobie – powiedział wciągając głęboko powietrze.
– Pierwszy raz od kiedy?
Rafał patrzył w podłogę, robiąc wszystko żeby powstrzymać łzy.
– Pierwszy raz od jej śmierci. Byłaś na jej pogrzebie?
– Tak, byłam.
– Pewnie się nie oglądałaś dookoła, a nawet jeśli i tak byś mnie nie zauważyła, bo mnie tam nie było. Nawet nie organizowałem jej pogrzebu.
– Osusz się i przebierz. Zrobię gorącej herbaty.
– A nie masz wina?
– Ja zawsze mam wino – uśmiechnęliśmy się – Może zrobić ci grzańca?
– Brzmi ciekawie, poproszę. Ale napijesz się ze mną?
– Zalewasz mi przedpokój.
– Wiesz, że trzeba mieć do ciebie anielską cierpliwość.
Cierpliwość, do mnie? Wdech, wydech…a do dupy z cierpliwością. Złapałam Rafała za ramiona, obróciłam i jednym ruchem ściągnęłam z niego mokrą kurtkę i obróciłam z powrotem. Już nie pochlipywał. Cierpliwość, wdech, cierpliwość, wydech.
– Proszę cię, zrób tak samo ze spodniami!
Sama tego chciałam prowokując tą sytuację. Straszny był z niego dzieciuch. Odwróciłam się i poszłam do kuchni. Po kilku minutach stanął za mną.
– Grzecznie posłuchałem.
Trzymał w rękach mokre ciuchy, na wierzchu z bokserkami.
– To twoja bielizna.
– Ona też jest mokra. Chyba nie zawstydzają cię męskie majtki? Rzadko je widujesz?
Zong! Cierpliwość, wdech, cierpliwość, wydech. Wzięłam jego ciuchy i zaniosłam do pralni. Wrzuciłam do suszarki. 10 minut i wyciągnę jego suchutkie i cieplutkie majteczki, założę w nie pampersa i wyślę to dziecko do domu. Było ze mną coraz gorzej, ale póki zdaję sobie z tego sprawę jest jeszcze czas na ratunek. Przy tym młodziku traciłam sytuacyjną powagę. Bałam się, że nawet rozmowy o jego matce mogą stać się komicznie niestosowne.
– Cieplej ci?
– Tak, dziękuję.
Nalałam grzańca do kubków i usiadłam obok niego na dywanie w salonie. Nawet sam fakt siedzenia na podłodze wydawał mi się przy nim dziecinny.
Nie sądziłam, że to właśnie będzie ten pierwszy dzień rozmowy, a raczej monologu o Teresie.
– Czy uważasz, że moja matka była z tobą szczera? Że opowiadała ci prawdę, czy tylko własną wersję wydarzeń? – Patrzyłam na Rafała. Jego morskie oczy znowu zrobiły się smutne –  Powiedziałaś, że nie lubisz klinik psychiatrycznych, moja matka spędziła w takiej klinice dwa lata.
– Wiem.
– A czy powiedziała ci, że ja w takiej klinice spędziłem trochę więcej czasu?
Nie wiedziałam co powiedzieć. Prosił mnie żebym nie traktowała go jak pacjenta…
– Nie wiedziałam.
– A co tak właściwie moja matka powiedziała ci o mnie. O swoim jedynym, podobno ukochanym synu.
– Że jej nienawidzisz i masz ku temu powody.
– Czarujące. Co dokładnie powiedziała ci o zostawieniu mnie?
– Powiedziała, że zostawiła cię pod opieką przyszywanej ciotki.
– Ciotki? Moja matka zostawiła mnie gdy miałem 10 lat, a tą ciotką była pielęgniarka z psychiatryka, w którym moja ukochana mama spędziła wcześniejszy rok. Więc tak naprawdę zostawiła mnie gdy byłem dziewięciolatkiem. Przez ten czas opiekowała się mną nasza sąsiadka. Bo mama przeżywała załamanie nerwowe i zamknęli ją w szpitalu, a tatuś – zniknął. – Rafał wziął moją dłoń i mocno ścisnął. – Nienawidziłem jej z całego serca. Od kiedy zniknęła bez słowa, pisała do mnie listy, średnio jeden na miesiąc. Nie otwierałem ich, tylko od razu paliłem. Po jakimś czasie nieotwarte chowałem do pudełka po butach. W moje 14 urodziny ciekawość zwyciężyła. Otworzyłem jeden z listów, na dużej białej kartce widniało tylko „Kocham Cię”. Ze wściekłością otwierałem następne, wszystkie wyglądały tak samo. To były chyba najbardziej puste słowa w moim życiu. Podpaliłem wszystkie. Od płomieni zajął się materac, a potem firanki i zasłony. O mało nie spaliłem mojego dziecinnego lokum, jakim był pokój na zapleczu psychiatryka. W tym chorym miejscu spędziłem osiem długich lat, aż do osiągnięcia pełnoletniości. To było jak wyjście z więzienia. Choć do wielu rzeczy można się przyzwyczaić, choćby do jedzenia, mimo, że było naprawdę okropne. Nie byłem stricte pacjentem, tylko podopiecznym mojej przyszywanej ciotki, która pracowała i co gorsza mieszkała w tym samym budynku. Telewizję oglądałem na sali razem z pacjentami szpitala, bo nigdzie indziej nie było odbiornika. Przez osiem lat przebywałem z ludźmi, którzy beznamiętnie patrzyli w telewizor, a wyraz ich twarzy się nie zmieniał. Czasem ktoś krzyczał, wyrywał sobie włosy, ale nawet wtedy miałem wrażenie, że ich twarze nie mają mimiki.
Rafał zamilkł i głęboko oddychał. Nadal ściskał moją dłoń. Rozległ się cichy brzdęk suszarki, która zakończyła pracę.
– Nie sądziłem, że maszyna może wydać tak cudowny, wybawczy dźwięk – uśmiechnął się delikatnie, jednak nie puścił mojej ręki. Wtedy zauważyłam, że ma na dłoniach blizny podobne do tych, które miała jego matka.

*15*

Kubek grzanego wina wypił prawie jednym haustem.
– Pyszne, mogę dolewkę? – Patrzyłam na niego zastanawiając się jak to wszystko potoczy się dalej – Nie analizuj mnie. Powiem ci o sobie pewnie jeszcze wiele rzeczy, które cię zdziwią. Po prostu słuchaj, bo wpisy lekarskie w żółtych papierach już mam – i ten jego lekki uśmiech.
Wstałam i poszłam dolać mu grzańca.
– Skoro mam traktować cię inaczej niż moich pacjentów, czy pozwolisz, że zadawać będę pytania wypływające z mojej egoistycznej ciekawości, a nie analizy twojej osoby.
– Brzmi intrygująco, słucham.
– Chcę zapytać o listy. Jakiś czas temu powiedziałeś, że poznałeś mnie z listów twojej matki. Z dzisiejszej twojej wypowiedzi wynika coś innego.
Rafał zaczął się śmiać.
– Mimo, że starasz się nie traktować mnie jak swojego pacjenta, w swoich wypowiedziach jesteś cudownie medycznie oficjalna. Jednak trzymałbym się chronologii, do listów z większą ilością słów jeszcze dojdziemy. Wiesz, że jesteś piękna? – Rafał pogłaskał mnie po policzku.
Podskoczyłam jak poparzona.
– Pójdę po twoje ciuchy – znów wrócił ten dziwny niepokój, który czułam gdy zobaczyłam go po raz pierwszy. Zachowywałam się jak spłoszona sarna. Jednak nie mogłam odejść bo wciąż trzymał mnie za rękę.
– Czy ja cię onieśmielam?
– Nie, ale za to mnie wkurzasz.
– Jesteś samotną, piękną, znerwicowaną kobietą, która spina się na widok męskich majtek. Ciekawy przypadek do psychoanalizy. Co byś zrobiła gdybym cię teraz pocałował?
– Kopnęłabym cię w jaja. Poza tym nie lubię facetów, którzy zamiast działać, pytają.
Wyrwałam się z jego uścisku i ruszyłam do łazienki po jego suchutkie fatałaszki. Nawet nie słyszałam, że stanął za mną. Gdy się odwróciłam, złapał mnie w pasie i pocałował, a ja…kopnęłam go w jaja.
– Kurwa, myślałem, że żartujesz!
– Mam znikome poczucie humoru. Co ci strzeliło do tego głupiego łba! A może to co dzisiaj mówiłeś to totalna ściema, która miała mnie zmiękczyć? Skarbie urzekła mnie twoja historia, choć utulę cię i pocieszę w łóżku.
– Przecież to ty powiedziałaś, żebym zadziałał, a nie pytał.
– Ty popatrz, faktycznie. Pociągnęłam za sznureczek wystający mi z ucha i włączyłam nad głową zielone światło.
– Jestem normalnym facetem. Powiedziałaś, żebym nie pytał tylko działał, więc zadziałałem. Jaki kurwa sznureczek?
– Rafał po co ty tak właściwie tu jesteś? O co ci chodzi? Chcesz zaliczyć starszą od siebie babkę bo założyłeś się z kumplami i jakimś dziwnym trafem padło na mnie?
– Mogę powiedzieć, że masz lekką paranoję? Po prostu trudno wysiedzieć przy tobie w spokoju bez majtek. Jestem normalnym facetem, a ty atrakcyjną kobietą. To była magia chwili, zakończona opuchlizną moich genitaliów. To co mówiłem było prawdą. Nie chciałem cię brać na litość czy wzruszenie. Pomijając tą ogólnie chorą sytuację, która nas połączyła, po prostu mi się podobasz. Wolałem zapytać niż wystartować z grubej rury. Stwierdzenie o kopnięciu w jaja odebrałem jako twój standardowy sarkazm! – myślałam, że nie przestanie na mnie krzyczeć.
– Już? Przepraszam, że cię kopnęłam, ale nigdy więcej nie całuj mnie z zaskoczenia, w ogóle mnie nie całuj.
– Czy ty się leczysz?
– Na co?
– Na paranoję! Nienawidzisz facetów. Jakiś cię zgwałcił, pobił, czy po prostu zostawił zanim ty zdążyłaś zostawić jego?
– Myślę, że na tym zakończymy dzisiejsze spotkanie. Ta rozmowa dłużej nie ma sensu. Twoje rzeczy są już suche i pożyczę ci parasol.
– Jasne, tak najprościej. Pamiętasz, kiedyś zapytałaś mnie czego się boję. Czego ty się boisz, oto jest pytanie.
– Między nami nigdy nic się nie wydarzy, bo jesteś za młody.
– NIGDY, to twoje ulubione słowo?
Ta sytuacja była kuriozalna i zaczynała mnie irytować. Kłóciłam się we własnym domu z jakimś prawie obcym dzieciakiem, który usiłował uświadomić mi, że mam problem z tolerancją wobec facetów. Tak jakbym sama o tym nie wiedziała.
– Zostałaś psychiatrą, żeby zagłębiając się w problemy innych uciec od własnych? – złapałam go za twarz obiema rękami – Może teraz ty mnie pocałujesz żebym się tylko zamknął. To niesprawiedliwe, ty nie masz narządów, w które mógłbym cię kopnąć!
– Zamknij się i ubierz – wycedziłam przez zęby – Rafał, nie mam siły, ani ochoty na takie sceny. Szczególnie z tobą. Prawie się nie znamy i nie zamierzam ci się tłumaczyć, dlaczego nie przepadam za stworzeniami, którym między górną częścią ud dynda się „mózg”.
– Stworzeniami? Nie możesz powiedzieć wprost, że nie lubisz mężczyzn? To dość ciekawy przypadek, bo lesbijką raczej nie jesteś. A skoro nie jesteś, to musi ci być cholernie ciężko żyć. Masz rację, ubiorę się i pójdę sobie, żeby nie zanieczyszczać dłużej twojej feministycznej aury.
Mówiąc to i stojąc przede mną zrzucił nagle szlafrok. Zajebiście.
– Czyli do tego to wszystko zmierzało? Jesteś ekshibicjonistą?
– Nie! Chciałem pokazać ci swój „mózg”, a nuż by ci się spodobał. Poza tym nie mogłem się powstrzymać, żeby zobaczyć na ile będziesz zakłopotana tą sytuacją.
– Po co ci to? Po co mnie badasz?
– Ale ty nie jesteś zakłopotana.
– Za to ty jesteś. Skarbie, nie tędy droga do mojego zakłopotania. Jestem lekarzem, może nie od męskich genitaliów, ale lekarzem. A twój „mózg” jest niczego sobie, jednakże nie zwala z nóg.
– Musiałaś? Potrafisz zabić każdą spontaniczną chwilę?
– A to jest spontaniczna chwila? Widzimy się raptem po raz czwarty, a ty już pokazałeś mi wszystko, raczej niczym mnie już nie zaskoczysz.
– Oj uważaj, zawsze mogę sobie jeszcze włożyć różę w tyłek, albo…- i ten jego szatański uśmiech.
Zaczęliśmy się śmiać.
– Skąd masz te blizny na rękach?
– Dziwny sposób na zmianę tematu. O bliznach jeszcze pogadamy, a teraz faktycznie się ubiorę, bo zmarzłem. Ale jeśli myślisz, że nie oczekuję rewanżu, to się grubo mylisz.
– Wiesz, ja dość często zrzucam ciuchy przy obcych facetach, więc kto wie, może na kolejnym spotkaniu.
– Trafiła kosa na kamień?
– Że niby ja kosa, a ty kamień?
Rafał w końcu zaczął się ubierać. Patrzyłam na niego, był bardzo ładnie zbudowany, miał zaznaczone mięśnie brzucha. Był niezłym ciachem, dlatego zmartwił mnie zupełny brak mojego zakłopotania lub chociażby poczucie drobnego podniecenia w reakcji na jego nagość. Albo już się zupełnie wypaliłam, albo niestety – nie udało mi się uniknąć traktowania go jak pacjenta.

*16*

Na drugi dzień w moim gabinecie pojawiła się Monika. Ciągle była bardzo blada i osłabiona. Usiadła na fotelu patrząc w podłogę. Nie biegała już wzrokiem po całym pokoju. Siedziała skulona jak dziecko, które czeka na naganę za to co nabroiło.
– Jak się czujesz?
– Nieźle…kiepsko…fatalnie. Czuję się fatalnie. Moja matka nie pozwala mi się ruszyć samej nawet do toalety. Kontroluje każdy mój oddech i każde oddanie moczu. Dobrze, że nie każe mi sikać do kubeczków sprawdzając, czy aby nie wciągnęłam znowu jej valium. Nie mam siły, to mnie wykańcza. Czasami chciałabym, żeby jej nie było – zamilkła, jakby przeraziło ją to co powiedziała – Niech mnie pani źle nie zrozumie, kocham moją mamę, ale ona…ona nie rozumie niczego. Nie wie co przeżywam, co czuję, czego pragnę, jej to zupełnie nie interesuje.
Przede mną siedziała po raz pierwszy prawdziwa Monika, a nie blond trzpiotka, która była tylko kokonem ochronnym. Przyszedł czas na konkretne pytania.
– Połknęłaś leki, żeby zwrócić na siebie uwagę matki? – Monika milczała, patrząc w podłogę – Czy z tego samego powodu wymyśliłaś Tomka?
Teraz patrzyła prosto na mnie. Jej oczy wyrażały zaskoczenie i przerażenie.
– Nie wiem o czym pani mówi.
– Dopóki nie zaczniemy być ze sobą szczere, nie będę mogła ci pomóc.
Monika milczała, po chwili dała jednak za wygraną.
– Jak się pani tego domyśliła? Od kiedy pani wie, że Tomek jest zmyślony?
– Od wizyty u ciebie w szpitalu i rozmowy z twoją mamą. Podobno nigdy nie poznałaś swojego ojca. Jednak to nieprawda.
– Czuję się jakby przejrzała pani akta mojego życia.
– Moniko, żeby pewne rzeczy wyłapać, wystarczy intuicja.
– Trzeba ją mieć.
– Nie można być psychiatrą, nie mając intuicji.
– Dobrym psychiatrą.
– Nie rozwijajmy tego tematu. Wróćmy do ciebie. Chętnie posłucham kiedy i jak poznałaś ojca.
Znowu zapadła cisza. Monika patrzyła w ziemię. Wiedziałam, że zbiera jej się na płacz.
– Chyba lepiej byłoby, żebym go nie poznała. Jego osoba tylko pogłębiła moją samotność. Wielokrotnie próbowałam podpytać mamę o niego, ale zawsze odpowiadała, że ojciec nie żyje i tak jest lepiej. Nie wierzyłam jej. Dzień po moich 18 urodzinach, wyjechała na kilka dni służbowo. Przeszukałam wtedy cały dom. Nie znalazłam ani jednej fotografii, na której byłaby z jakimś facetem, za to znalazłam akt mojego urodzenia. Nazwisko ojca było jednak bardzo starannie zamazane. Poszłam więc do urzędu. W sumie mogłam zrobić to od razu, jednak szybko przekonałam się, że przeszukanie domu od piwnic po strych jest łatwiejsze niż wyciągnięcie jednego dokumentu z urzędu. W końcu dostałam odpis mojego aktu. Odnalazłam go. Był szczupłym, wysokim, przystojnym mężczyzną. Od razu zrozumiałam dlaczego spodobał się mojej mamie. Patrząc na niego nie rozumiałam dlaczego go uśmierciła. Chcąc z nim porozmawiać postanowiłam udawać ankieterkę. Może to głupi pomysł, ale wydawało mi się, że podejście do zupełnie obcego mężczyzny i powiedzenie „Cześć tato” było filmowo banalne – Monika zamilkła i zamknęła oczy.
Nie chciałam jej popędzać. – Zawsze chodził z papierosem. Długo się zbierałam, ale w końcu zaczepiłam go na ulicy. Powiedziałam, że prowadzę badania rynku nikotynowego i chciałabym, żeby odpowiedział na kilka pytań. Wymyślałam je na bieżąco: „jak często pali?”, „jakie papierosy lubi najbardziej?” i takie tam. Wydał mi się sympatyczny. Gdy podziękowałam mu za rozmowę, zaproponował żebyśmy usiedli na ławce w parku i zapalili razem. Chciałam z nim jeszcze chwilę pobyć, więc się zgodziłam. Gdy tak siedzieliśmy położył mi rękę na kolanie i… – patrzyłam na Monikę. Była coraz bardziej zdenerwowana i coraz mocniej zaciskała dłonie – gdy zaczął przesuwać ją wyżej skamieniałam. Ta sytuacja sprawiła, że jakoś samo tak wyszło. Popatrzyłam na niego i powiedziałam, żeby przestał bo jestem jego córką. Cofnął rękę i patrzył na mnie z niedowierzaniem. Powiedziałam, że moją mamą jest Jadwiga Kalewska. „Ta dziwka?” spytał. Stwierdził, że na pewno nie jest moim ojcem. Gdy wspomniałam, że jest wpisany w moim akcie urodzenia, złapał mnie bardzo mocno za ramiona i zaczął krzyczeć, żebym spierdalała bo i tak nie wyłudzę od niego ani grosza. Był bardzo silny, siniaki po jego „ojcowskim” uścisku miałam przez ponad dwa tygodnie – i znowu nastała cisza.
– Czy to było wasze jedyne spotkanie?
– Niestety nie. Pomyślałam, że przecież nie mogłam spodziewać się, że mnie od razu przytuli i zaakceptuje. Nigdy wcześniej mnie nie widział i to na pewno szok spowodował, że był taki.
Przez kilka dni po szkole czekałam na niego w miejscach gdzie widziałam go poprzednio. Po ponad tygodniu spotkałam go znowu. Podeszłam. Był lekko wstawiony. Powiedział, że jeśli nie chcę się z nim…- Monika mocno zacisnęła zęby i wstrzymała oddech, złość aż się w niej gotowała – pieprzyć, to nie mamy o czym rozmawiać. Chciało mi się płakać. Powtórzyłam, że przecież jestem jego córką, wtedy pierwszy raz w życiu dostałam w twarz. Uderzenie było tak silne, że straciłam orientację, nie wiedziałam gdzie jestem i co się dzieje – mimo, że bardzo próbowała to powstrzymać, łzy pociekły po jej policzkach – zrozumiałam dlaczego moja mama go uśmierciła. Wtedy też dotarło do mnie, że prawdopodobnie we mnie widzi jego i dlatego mnie nie kocha – zamilkła.
– To nieprawda. Pewnie odbierzesz to jako banał, ale twoja mama cię kocha. Tylko nie potrafi poradzić sobie z własną przeszłością.
– Jakim trzeba być potworem, żeby chcieć przelecieć własną córkę?
Takiego pytania z ust Moniki się nie spodziewałam. Ból jaki w sobie tłumiła był znacznie większy, niż przypuszczałam. Od spotkania z ojcem, zaczęła się z nim utożsamiać, a połknięcie valium nie było tylko próbą, miało zakończyć się udanym samobójstwem, miało uwolnić jej matkę.

*17*

– Idka! Nie ma cię z nami! – krzyk Karoli wyrwał mnie z zamyślenia.
– Przepraszam. Masz rację. Zastanawiam się jak mogę pomóc mojej pacjentce?
– Problemy pacjentów miałaś zostawić w gabinecie!
– Wiem, ale to nie takie proste.
Siedziałyśmy w naszej ulubionej irlandzkiej knajpce, nad piwem i pizzą z trzema rodzajami sera.
– Zapomniałam spytać kim był ten przystojniak, który pomagał ci zbierać zakupy pod supermarketem kilka tygodni temu? Chciałam podejść, ale po waszych minach widziałam, że to nie jest najlepszy moment – zagadnęła Karola, jak zwykle delikatnie i typowo w swoim stylu.
Wszystkie miasta były stanowczo za małe. Nie można się było ruszyć, żeby ktokolwiek ze znajomych lub w moim przypadku jeszcze pacjentów, nie przydybał cię na zakupach, u fryzjera czy w miejskiej toalecie. Pytanie brzmiało, czy skłamać i urwać spekulacje, czy powiedzieć prawdę i przez resztę wieczoru wałkować temat Rafała.
– Po prostu pękła mi siatka i jakiś młodzik pomógł mi pozbierać zakupy. Nic wielkiego – nie mogłam uwierzyć, ale skłamałam. Może przyjmijmy, że nie powiedziałam całej prawdy.
– Ty to masz szczęście. Wyjątkowe ciacho było z tego młodzika. Dobra, zostawmy temat rozsypanych zakupów, opowiadaj co tam Łukasz nabroił.
– Ale skąd pomysł, że nabroił – próbowałam wybadać ile Karola tak naprawdę wie.
– Idka, tu słówko, tam słówko i dotarło do mnie, że przeżył niezwykłą przygodę, podobno erotyczną, ale nie znam szczegółów. No proszę, powiedz. Doskonale wiesz, że należało mu się utarcie nosa i mam nadzieję, że ta przygoda właśnie taki przyniosła efekt.
Doskonale wiedziałam, że Karola nie ustąpi.
– Łukasz mnie zabije.
– A tam, przynajmniej umrzesz piękna i młoda. Dawaj bo zaraz zniosę jajo.
Pamiętam, że zaraz po powrocie z Tajlandii zadzwonił do mnie Marek, co mnie bardzo zdziwiło, bo on nigdy tego nie robi. Myślałam, że może chce mi podziękować, że dzięki temu, iż wypadłam z tej wycieczki, on przeżył przygodę swojego życia. Ale myliłam się, za to miało się okazać, że to Łukasz przeżył przygodę swojego życia.
Tajlandzka przygoda Łukasza, miała faktycznie charakter erotyczny, choć ja bardziej nazwałabym go pornograficznym. A wszystko przez, jak się okazało, zgubny wpływ telewizji, w której jakiś czas przed wycieczką leciał program właśnie o Tajlandii. Łukasz złapał go, ale nie obejrzał w całości. I to był błąd. Fragment, na który trafił opowiadał o różowych ulicach Tajlandii, gdzie śliczne młode dziewczynki, między słowami czytaj nieletnie prostytutki, roztaczały swoje wdzięki kusząc klientów. I trzeba tu przyznać rację, że młode Tajki są naprawdę śliczne, a do tego, jak powiedział autor programu, ich usługi nie były drogie. Wtedy do Łukasza zadzwonił telefon. I to byłam ja. Dlatego w jakimś stopniu czułam się odpowiedzialna za jego tajlandzką przygodę. Gdy powiedziałam, że niestety nie dam rady pojechać, Łukasz przerwał oglądanie programu i zaczął na mnie krzyczeć i tak krzyczał aż do napisów końcowych wycieczki po tajlandzkich ulicach rozkoszy. Pod wpływem oglądniętego fragmentu programu podjął jednak decyzję, że musi zaliczyć młodą, śliczną Tajkę, w ramach egzotycznego eksperymentu erotyczno-kulturowego. Gdy w ostatni wieczór pobytu w Tajlandii wszyscy siedzieli w hotelowym barze i pili egzotyczne drinki, Łukasz udał się na poszukiwanie ulicy rozkoszy. Nie trwało to długo. Wybrał sobie młodą, długowłosą Tajkę i wrócił z nią do hotelu. Minął całe towarzystwo siedzące w holu, mówiąc do Marka, żeby dał mu jakiś czas zanim wybierze się do pokoju i poszedł na górę. Z relacji Marka wynikało, że minęło może z 10 minut, gdy Łukasz blady jak trup zbiegł na dół. Usiadł koło brata i skulił się jak dziecko, które próbuje się ukryć. Po chwili z góry zeszła młodziutka Tajka i jak gdyby nigdy nic wyszła z hotelu. Oczywiście wszyscy zaczęli wypytywać Łukasza co się stało, ale jak tylko powiedzieli mu, że już poszła, wstał i wrócił do pokoju.
– Gdy poszedłem do pokoju, znalazłem Łukasza rzygającego w łazience – relacjonował mi przez telefon Marek – Zapytałem co się stało, ale ten, że nic, więc spakowałem walizkę i postanowiłem pójść spać. Gdy wyszedłem z łazienki Łukasz siedział na łóżku i kiwał się jak jakaś sierota.
– Marek, czy ze mną jest coś nie tak? Przytępiły mi się zmysły? Widziałeś tą laseczkę, z którą przyszedłem?
– Widziałem. I co w związku z tym?
– Śliczna była, nie?
– Ładniutka. Co okazało się, że nie ma nawet 13 lat?
– Nie wiem, nie pytałem o wiek.
– Więc o co chodzi?
– Chciałem ją przelecieć.
– No domyśliłem się, że nie przyprowadziłeś jej, żeby ci coś ugotowała.
– Świetnie się całowała, miała takie małe jędrne cycuszki…
– I grzybicę między palcami u stóp? – nie przypuszczałam, że Marek potrafił być tak „bezwzględny”. Po tych słowach Łukasz pobiegł do łazienki i znów zwymiotował – stary, co się do cholery stało?
– Jak zacznę opowiadać to znowu się porzygam.
– To nie opowiadaj.
– Ale ja muszę to komuś powiedzieć.
– To mów.
– Zacząłem ją rozbierać. No tak normalnie. Całowałem ją po brzuchu. Szok nastąpił go doszedłem do etapu ściągnięcia jej bielizny – Łukasz zamilkł.
– I….?
– I okazało się, że to nie była dziewczyna. Całowałem się z facetem, który miał sztuczne cycki!!!
Pamiętam, że w pierwszej chwili nie uwierzyłam Markowi w tę historię, jednak wystarczyło spojrzeć na Łukasza, z którym spotkałam się na drugi dzień po ich powrocie by zrozumieć, że to była najprawdziwsza prawda. Nie udało mi się wtedy powstrzymać pytania:
– Słyszałam, że potrzebujesz natychmiastowej porady psychiatry.
– Zabiję tego gnoja!
– Ale tak serio wszystko ok?
– Jesteś hetero, więc chyba mnie rozumiesz. Przeżyłem szok! A gdyby nie miał fiuta bo byłby już po operacji? Tajskie piękności, kurwa mać. Nigdy więcej! Skoro Marek powiedział to tobie, powie też innym. Chyba faktycznie będę potrzebował porady psychiatry.

*18*

Dziewczyny rechotały jak dzikie.
– Dobre! Należało mu się! Ale tak serio, minęło pięć miesięcy, pozbierał się po tym? – Karola nie umiała ukryć dzikiej, kobiecej satysfakcji.
– Jakoś daje radę. Zresztą od pięciu miesięcy jest z jedną partnerką. Zobaczymy czy to szok pourazowy, czy faktycznie czegoś się nauczył.
– Nie sądziłam, że to będzie aż taki hicior. A tak w ogóle to o czym był ten program o Tajlandii?
– Złapałam gdzieś jego powtórkę. Faktycznie mówił o tajlandzkich ulicach rozkoszy, jednak po oprowadzeniu i przedstawieniu kilku ślicznych młodych Tajek, przewodnik ostrzegł, że niektóre z tych ślicznotek nie są kobietami. Ale tego już Łukasz nie słyszał, w sumie przeze mnie – zawsze gdy o tym pomyślałam robiło mi się głupio.
– A co u Krzyśka? – zmienność tematyczna Karoliny czasami była zaskakująca.
– A czemu pytasz? Chyba w porządku.
– Krótka piłka. Niech ci będzie – Karola tak łatwo nie odpuszczała, czyli chciała usłyszeć coś konkretnego, ale chyba stwierdziła, że to nieodpowiedni moment.
Siedziałyśmy nad piwem i poruszały różne tematy o ich pracy, o byciu młodą żoną i takie tam. Przez chwilę wróciłam myślami do Moniki, analizując jej ostatnią wizytę, gdy nagle usłyszałam Karolę:
– To ten przystojniak od rozsypanych zakupów!
Wyprostowało mnie. Siedziałam tyłem do okna. Gdy się odwróciłam, zobaczyłam za szybą Rafała machającego do mnie z zaczepnym uśmiechem.
– Nic wielkiego, mówiłaś? – Karola patrzyła na mnie prowokacyjnie, zagryzając dolną wargę – Nie przywitasz się? Zaproś go do nas.
– Uwierz mi to nie jest dobry pomysł. Przepraszam was na chwilę – Wstałam i wyszłam z knajpki – Co tu robisz?
– Możesz mi wierzyć lub nie, ale po prostu przechodziłem i zauważyłem cię. Twoje koleżanki, gdyby tylko mogły przykleiłyby się jak glonojady do szyby.
Odwróciłam się, wszystkie trzy siedziały na wprost okna uśmiechając się wyczekująco.
– Rafał…miłego wieczoru i pewnie do zobaczenia?
– Wszystko ok? Żadnego sarkazmu, wyrzutu, pocałunku na dobranoc? Proszę, cmoknę cię tylko w policzek. One tak słodko wyglądają z tymi wielkimi oczami.
– Nie, bo to ja muszę tam wrócić i to ja będę się musiała tłumaczyć.
– Żartowałem. Dobranoc. Uważaj na siebie.
I znowu poczułam się jak jego młodsza koleżanka.
– Dobranoc.
Wróciłam do dziewczyn. Nie mówiły ani słowa, tylko patrzyły na mnie. Usiadłam spokojnie na swoim miejscu i sięgnęłam po piwo.
– Tak łatwo ci to nie przejdzie – wielkie mi odkrycie – Czyżby popękało ci więcej siatek z zakupami?
Naprawdę nie miałam ochoty na wałkowanie tematu Rafała, ale wiedziałam, że mi nie odpuszczą. W wielkim skrócie opowiedziałam im o „łączącej nas” sytuacji. Miałam wrażenie, że z każdym moim słowem ich oczy robiły się większe. Oczywiście ostatnią ekshibicjonistyczną wizytę Rafała w moim domu pominęłam, parę innych szczegółów także.
– Spałaś z nim? – oczka Karoli świeciły się jak dwa diamenciki. To takie typowe przyjacielskie pytanie.
– A czy z mojej wypowiedzi można wyciągnąć taki wniosek?
– No właśnie nie, ale mam nadzieję, że z nim spałaś. Jest śliczny!
– Jak powiem, że nie spałam, to uwierzysz?
– Uwierzę. Ale nie uwierzę jeśli powiesz, że o tym nie myślałaś.
– Więc nie będę tego mówić.
– Ida, to jest 26-letnie ciacho. Dlaczego miałabyś nie zaszaleć? Może nie jest normalny, ale przecież takich właśnie lubisz. Kochana, daj na luz, wskakuj na tą falę i jazda!
Nie ma to jak cudowne rady koleżanek. Zazwyczaj są takie życiowe i proste. „Skarbie, na co czekasz, zgwałć 26-latka. Taka okazja może się nie powtórzyć” albo „Nie masz nic do stracenia. Szalej, do czterdziestki już coraz bliżej”. Kocham moje przyjaciółki.

*19*

Wróciłam do domu i padłam jak kłoda na kanapę. Było po północy. Ponieważ zrobiło mi się niedobrze po piwie, zaparzyłam sobie gorzką herbatę i postanowiłam jeszcze przejrzeć maile. Reklama, reklama, kredyt hipoteczny, reklama…
„Nie odzywasz się, nie piszesz, nie dzwonisz. Może kogoś poznałaś i już za mną nie tęsknisz. Nawet nie powiedziałaś mi ostatnio, czy było ci dobrze. Całuję”
Typowy krzysiowy mail. Z dwoma haczykami. Pierwszy, to pytanie czy przypadkiem w jego ogródku nie pojawił się inny pies? Drugi, to jakże skromna i delikatna próba naprowadzenia mnie na stwierdzenie: „Było cudownie. Z tobą zawsze jest cudownie”. Przez moją głowę przeleciała szatańska myśl. Odpisałam:
„Krzysiu oczywiście, że tęsknię. Przepraszam cię za wtedy. Przecież doskonale wiesz, że było cudownie” – enter.
Wzięłam prysznic i poszłam spać.
Kocham wolne soboty! Ponieważ byłam jakoś tak lekko zdołowana, postanowiłam pojechać do storczykarni. Nacieszę oczy tymi cudami natury i od razu będzie mi lepiej. Wstałam i poszłam zrobić sobie kawę. Z gorącą kawą wyszłam na balkon. Nie było słońca, a powietrze orzeźwiało swym chłodem. Oparłam się o balustradę i zamknęłam oczy.
– Julio ma! – i kurwa szlag trafił storczykarnię.
– Co tu robisz?
– Nigdy więcej nie pisz mi takich maili. Myślisz, że łatwo z środku nocy złapać busa i gonić tu na złamanie karku?
Pod moim balkonem stał Romeo-Krzysztof. Proszę, niech mi się to śni. Błagam.
– Mogłeś odpisać na maila, a nie przyjeżdżać.
– Jak odpisać? Znamy się ponad dwadzieścia lat i nigdy nie dostałem od ciebie takiego maila, więc niby jak miałem na niego odpisać?
Chyba najwyższa pora wystawić sobie skierowanie do kliniki psychiatrycznej, bo nie ogarniam.
– Wpuścisz mnie, czy mam wspinać się po winorośli?
– A widzisz tu gdzieś, kurwa, winorośl?
– Ida, do cholery!
A chciałam tylko iść do storczykarni. Chyba się rozpłaczę.
Zeszłam na dół by otworzyć drzwi pierwszemu „romantykowi” w moim życiu. Gdy złapałam za klamkę przez moją głowę przeleciało: „A niech tam sobie kwitnie”, ale to była krótka myśl.
– Odpuściłem dla ciebie kurs – chyba musiałam wyglądać jak zawiedziona Myszka Miki. Krzysiek złapał mnie w pasie i pocałował – Nie odwzajemniłaś!
– Naprawdę? Chciałam iść do storczykarni! – poczułam jak łzy napływają mi do oczu. Cholera nie mogę się przy nim rozpłakać. Czułam się jak małe dziecko, któremu ktoś obiecał kucyka, a wręczył skakankę.
– Gdzie?
– No właśnie. Zrób sobie kawę, a ja idę się ubrać.
– Nie musisz – mój wzrok wystarczył – Może faktycznie idź się ubierz.
Poszłam na górę, usiadłam na łóżku i poczułam jak robi mi się niedobrze. Posiedziałam chwilę głęboko oddychając – nie lubię kaca. Zarzuciłam na siebie jeansy i koszulkę.
– Lubię czasami jak nie masz makijażu – krzysiowy takt znokautował mnie w połowie schodów. Wezmę pincetę i po kolei wyrwę mu wszystkie włoski jakie ma na ciele.
– Chcesz mnie dobić, czy może raczej podnieść na duchu?
– A wiesz, że uwielbiam także, gdy masz na sobie sam t-shirt bez biustonosza?
To wybitnie nie był dobry dzień na jego wizytę. Byłam tak bardzo zmęczona, że każda jego głupia uwaga napawała mnie oburzeniem, a przy okazji cały czas zbierało mi się na wymioty.
– Kochanie, dobrze ci radzę, nie drażnij mnie dzisiaj, bo oboje będziemy tego żałować.
– Ida, czy to że przyjechałem, nic dla ciebie nie znaczy? Dlaczego tak, a nie inaczej odpisałaś na mojego maila?
– Bo akurat miałam taki kaprys. Ale uwierz mi, w najśmielszych snach nie przypuszczałabym, że przyjedziesz! Myślałam, że odbierzesz to jako tradycyjny sarkazm!
– To znaczy, że mnie jeszcze do końca nie znasz.
– Wystarczyło po prostu odpisać, lub jak to masz w zwyczaju zlać go. Krzysiek, co my tak właściwie robimy??
– Według mnie, kochamy się bez zobowiązań. Według ciebie, uprawiamy seks bez zobowiązań. Ogólnie chyba na jedno wychodzi.
– Dzięki, że mi przypomniałeś, bo chyba lekko straciłam orientację w sytuacji. Czyli przejeżdżasz nocą 400 km dla niezobowiązującego seksu? Wybacz, ale muszę iść zwymiotować.
Zastanawiałam się, czy mdli mnie po wczorajszym piwie, czy powód jest zupełnie inny. Nagle usłyszałam krzyk Krzyśka:
– Ktoś puka. Otworzę!
Boże, żeby to tylko nie była moja matka. Bo jeśli w sobotę rano drzwi mojego domu otworzy jej Krzysiek, to już nigdy jej słowiczy szczebiot, mający wzbudzić moje wyrzuty sumienia, nie ucichnie w mojej głowie. Ruszyłam biegiem do salonu.
– Czekaj!
Ale było już za późno. Krzysztof stał w otwartych drzwiach, a naprzeciwko niego… stał Rafał. Jednak wolałabym, żeby to była moja mama. Stanęłam w połowie salonu. Miałam wrażenie, jakby moje stopy wpuściły w podłogę korzenie.
– A pan to kto? – Rafał lustrował Krzyśka z góry na dół.
– To chyba raczej ja powinienem spytać, kim jesteś, bo to ja otwieram drzwi, do których ty pukasz.
– Nie spodziewałem się, że te drzwi otworzy mi mężczyzna.
– O popatrz, niespodzianka!
Czułam się jak na walce kogutów. Oba ptaki były gotowe do ataku, a ja nie mogłam się ruszyć, żeby postawić pieniądze na zwycięzcę. Muszę się ruszyć.
– Panowie spokojnie. Poznajcie się Krzysztof – Rafał, Rafał – Krzysztof.
Krzysiek popatrzył na mnie z wyrzutem.
– Tak krótko? A może tak: Krzysztof – mój wieloletni partner. Rafał – mój… ogrodnik?
Kocham patowe sytuacje i zazdrość Krzysztofa wynikającą z łączącego nas braku zobowiązań.
– Chyba ogrodnik jest tu na lepszej pozycji, niż wieloletni partner, którego nie wiadomo jak tak naprawdę nazwać – Rafał nie pozostawał dłużny kogucim dziobnięciom.
– Może was chłopcy zostawię i załatwicie to między sobą. A ja pójdę do storczykarni.
– Uciekasz w najciekawszym momencie. Może jednak zrobisz małą prezentację? – Krzysiek nie dawał za wygraną.
– Dobrze – zwróciłam się do Krzyśka – To jest Rafał, syn mojej pacjentki, o którym ci mówiłam – teraz do Rafała – A to jest Krzysztof, o którym nie mówiłam ci ani słowa. Czy taka prezentacja wystarczy?
Na twarzy Rafała zobaczyłam uśmiech zwycięstwa.
– Krzysiek możesz nas na chwilę zostawić?
– Nie zaprosisz kolegi?
– Zostaw nas!
Kogut Krzysztof wycofał się z trochę przerzedzonym z piór ogonem i poszedł do kuchni.
– Rafał to naprawdę nie jest dobry moment.
– Widzę, przepraszam. Myślałem, że może pójdziemy razem na spacer, chociażby do storczykarni.
– Nie dobijaj mnie. Spotkamy się kiedy indziej. Zmykaj.
– Jesteś pewna?
– Tak, w stu procentach.
– Ok. Do zobaczenia.
Zamknęłam drzwi. Wiedziałam jaką minę Krzysztofa zobaczę gdy się odwrócę. To było pierwsze spotkanie moich dwóch bojowych kogucików. Niestety nie ostatnie.

*20*

Krzysztof stał oparty o kuchenny blat, z rękami założonymi na piersi i wciągniętymi policzkami. Jego twarz miała kolor przyblakłej purpury.
– Czy terapia pielęgnacyjna pamięci o jego matce wymaga niezapowiedzianych sobotnich wizyt?
Jeśli dam się sprowokować, skończy się to tragicznie. Dlatego spokojnie uśmiechnęłam się, zabrałam moją torebkę i wiszącą przy drzwiach kurtkę i wyszłam z domu. Kierunek storczykarnia. Tylko ja, lekki zaduch, tysiące kolorowych paszczek kwiatowych i motyle oraz relaksacyjna sztuka oddychania. Zupełnie zapomniałam, że wyszłam z domu bez makijażu i biustonosza. Faktycznie zaczynałam woleć wizyty moich pacjentów niż moje prywatne perypetie.
W storczykarni zamówiłam sobie lampkę białego wina, usiadłam na ławeczce wśród egzotycznego kwiecia i postanowiłam się wyłączyć. Tak przesiedziałam chyba z trzy godziny. Było mi to potrzebne. Wracając do domu nie zastanawiałam się, czy zastanę jeszcze Krzyśka, czy nie. Ale tego co zastałam nie spodziewałam się w ogóle.
Gdy otworzyłam drzwi, poczułam, jakby ktoś z powietrza odpompował cały tlen. Na kanapie w moim salonie siedział Krzysztof i moja mama. Oboje patrzyli na mnie wzrokiem, który wyrażał jakąś ogólną pretensję, tylko ja jeszcze nie wiedziałam o co. Cholera, trzeba sobie było zamówić drugą lampkę wina, a wieczorem wynająć pokój w hotelu!
– Gdzie byłaś? – pierwsza odezwała się moja matka.
– W storczykarni – coś złowrogiego wisiało w powietrzu.
– I poszłaś na miasto bez biustonosza – kocham mają mamę. Zapomniała wspomnieć o braku makijażu – Uważasz, że wszystko u ciebie ok?
– A ty tak nie uważasz? Krzysztof pewnie też nie. I mimo, iż go nie znosisz zawiązaliście koalicję, która ma ratować moje zdrowie psychiczne? A może raczej postanowiliście założyć fundusz i zbierać pieniądze na uzupełnienie mojej szuflady z bielizną?
– Nie musisz być sarkastyczna.
– Mamo, naprawdę nie mam na to nastroju.
– Ty nigdy nie masz nastroju. Kim jest ten Rafał? – gorzej niż w przedszkolu.
– A czemu ma służyć to przesłuchanie?
– Czy ty chociaż raz w życiu nie potrafisz odpowiedzieć normalnie?
Zwróciłam się do Krzysztofa.
– A ty w ciszy zamierzasz kibicować sytuacji, którą sam sprowokowałeś?
Krzysiek uśmiechnął się z wyraźnym triumfem.
– Zostawiłaś mnie samego bez słowa. Godzinę po twoim wyjściu przyszła twoja mama, więc usiedliśmy i jak cywilizowani ludzie porozmawiali. Zapytała co się stało, więc powiedziałem, że wyszłaś za jakimś Rafałem.
Pamiętaj o relaksacyjnej sztuce oddychania. Wdech i czekaj aż się udusisz.
– Więc ten Rafał jest twoim pacjentem?
– Urywając wszelkie wasze spekulacje i odpowiadając na kolejne wasze pytanie, nie sypiam z Rafałem. Sypiam z niejakim Krzysztofem, ale chyba najwyższy czas to zmienić.
– Nie tak cię wychowywałam.
Proszę, niech mnie ktoś zabije.
– Czy ty nas w ogóle słuchasz? – głos mojej mamy wyrwał mnie z zamyślenia.
– Szczerze, nie.
– Ida, co się z tobą do cholery dzieje. Zachowujesz się jakbyś sama potrzebowała porady psychiatrycznej. Krzysztof mi wszystko wyjaśnił. Fakt, nie przepadam za nim i nigdy tego nie ukrywałam, ale on cię kocha.
Kurwa, to jakiś koszmar!
– Mamo, czy ty się słyszysz? A z tobą Krzysiu wszystko w porządku? A ze mną? Wy już to oceniliście, więc marnujemy czas.
– Ida! Krzysiek powiedział, że chciał być z tobą, to ty zawsze mówiłaś nie.
A może ja już jestem w klinice, a to są moje chore wizje, których nie mogę się pozbyć.
– Mamo…
– Dlaczego ty robisz wszystko, żeby spieprzyć sobie życie? Masz 39 lat, nie masz męża, nie masz dzieci, to nie jest normalne. Może z Krzysztofem nie tworzylibyście wzorcowej rodziny, ale przynajmniej coś byś miała. Krzysiek powiedział mi o waszej umowie. Zamierzasz się z niej wywiązać?
Kac to przy tej chorej sytuacji pikuś. Parę słów wyjaśnienia. Kilka lat temu na tarasie w domu mojej mamy, po dwóch piwach i butelce wina, Krzysztof zaproponował, że jeśli do czterdziestki nikogo sobie nie znajdziemy, będziemy razem. Nie skomentowałam tego, nie przypieczętowaliśmy tej umowy własną krwią. Według mnie był to pijacki bełkot puszczony w próżnię, czyżby tylko według mnie?
Moja mama mówiła nadal.
– Uważam, że to głupia umowa, ale w tym wieku chyba nic lepszego cię już nie spotka.
Co zrobić żeby wydostać się z tego koszmaru!
– Pani Kingo, to nie ma sensu. Dajmy spokój.
Krzysztof, ludzki pan.
– Wracam do siebie. Przemyśl to kochanie. Najwyższa pora coś zrobić ze swoim życiem.
Moja mama wstała, cmoknęła mnie w policzek i wyszła. Popatrzyłam na Krzyśka.
– Ty też wracasz do siebie, prawda?
– A możemy na spokojnie pogadać?
– Chyba nie mamy o czym.
– Ida, ale ja cię naprawdę kocham. Zawsze cię kochałem.
– To miło.
– Dam ci jeszcze trochę czasu, ale nie będę czekał wiecznie.
Krzysztof wstał i wyszedł. Opadłam na kanapę i ukryłam twarz w dłoniach. To miała być cicha, spokojna sobota.

*21*

Mimo morderczych porządków, jakie zaserwowałam sobie w niedzielne popołudnie, z głowy nie mogłam pozbyć się słów mamy o moich 39 latach i braku rodziny. Z moim zegarem biologicznym zawsze coś było nie tak, najkrócej mówiąc nie włączył się. Uwielbiałam dzieci moich znajomych. Dzieciaki lubiły mnie, ale jakoś nigdy nie wyobrażałam sobie, że to ja mogłabym być matką. Zawsze drażniły mnie rozmowy moich koleżanek o pieluchach, wysypkach, ząbkowaniu, nieprzespanych nocach. Początkowo myślałam, że wynikało to z zazdrości, potem stwierdziłam, że po prostu nie chciałabym znaleźć się w takich sytuacjach. Na pytania znajomych, dlaczego nie mam dziecka, zawsze odpowiadałam, że świat nie jest jeszcze gotowy na mojego potomka. Może to głupie hasło, ale dawało mi pewnego rodzaju poczucie spokoju. W wieku 39 lat było już za późno na włączanie zegara biologicznego, a tym bardziej na dzieci i możliwość popełniania matczynych błędów.
Jak na złość w poniedziałek w moim gabinecie pojawiły się aż trzy pacjentki mające problemy z dojrzewającymi dziećmi. W jakiś taki naturalny sposób problemy z ząbkowaniem i uczuleniem na pieluchy, zmieniały się w problemy z narkotykami, niewłaściwymi partnerami i nieodpowiedzialnym seksem. I znowu uświadomiłam sobie, że nie tęsknię za takimi problemami. Jednocześnie bardzo ciężko było doradzać matkom, nie będąc jedną z nich.
W poniedziałek wieczorem wracałam do domu ze wzmocnioną świadomością, że wracam do miejsca, gdzie nikt na mnie nie czeka, nawet kot, czy jakieś pieprzone rybki. Jakże miłym rozczarowaniem okazał się stojący przed drzwiami Rafał. Ogarnięta sytuacyjną melancholią w geście powitalnym zarzuciłam mu ręce na szyję. Gdy się odsunęłam patrzył na mnie badawczo.
– Widzę, że dziś bez wina się nie obejdzie – jego łagodny uśmiech działał uspokajająca – Chyba pierwszy raz cieszysz się na mój widok.
Faktycznie było z niego niezłe ciacho.
– Otwórz wino i nastaw wodę na herbatę. Pójdę się tylko odświeżyć i zrobię jakąś małą kolację.
– Miałaś dziś wyjątkowo dołujący dzień, skoro pozwalasz mi się rządzić we własnej kuchni, a do tego przytulasz mnie na powitanie. Czy twój nie najlepszy humor ma coś wspólnego z tym kogucikiem, którego ostatnio u ciebie poznałem?
– Kogucikiem?
– Jak mu było… Krzysztof? Nie chcesz o tym rozmawiać?
– Raczej nie. Zaraz wrócę.
– A mogę jeszcze zajrzeć do twojej lodówki?
– Jasne, zaglądaj w końcu to tylko lodówka.
Przyznaję, że przebranie się i tzw. ogólne ogarnięcie bez zbędnych upiększeń, zajęło mi kilka minut. Gdy schodziła na dół poczułam zapach jedzenia. Stanęłam w wejściu do kuchni i w ciszy patrzyłam na 26-letniego przystojniaka przyrządzającego ciepłą kolację z moich produktów spożywczych. Nienawidzę go. Rafał nie odwracając się od kuchenki i patelni, powiedział:
– Ogólnie niewiele masz w lodówce, ale z tego co znalazłem robię francuski omlet na półsłodko – odwrócił się i popatrzył na mnie – mam nadzieję, że choć trochę poprawi ci to nastrój.
– Francuski?
– To jedyne co wyłapałaś z mojej wypowiedzi?
– Powiedziałeś, że robisz omlet na półsłodko – francuski. A co to znaczy?
– W twojej lodówce znalazłem jakieś dziwne, ale dobre konfitury żurawinowe, trzykolorową paprykę oraz brie, no i oczywiście jajka.
– A to w połączeniu, w ogóle da się zjeść?
– Zobaczysz. Już kończę.
Na pewno go sobie wymyśliłam. Jest fikcyjnym panaceum na moją samotnościową depresję. Nagle uświadomiłam sobie, że pojawia się zawsze kiedy mam doła, kiedy coś jest nie tak i kiedy podświadomie chcę żeby się pojawił. Wpadłam w lekką panikę.
– Co robisz? – z zamyślenia wyrwał mnie głos Rafała. Uświadomiłam sobie, że stoję za nim i go… wącham. Cholera! Rafał patrzył na mnie badawczo – Może chcesz mnie uszczypnąć?
Szlag, na dodatek czyta w moich myślach.
– Przepraszam.
– Teraz ty przepraszasz. Jestem prawdziwy, może niezbyt normalny, ale prawdziwy. Sprawdzałaś mój zapach?
– Może to ja jestem niezbyt normalna, ale pomyślałam, że jeśli sobie ciebie wymyśliłam to nie będziesz pachniał. Ale to chyba wybitnie głupia teza.
– Za mądra nie jest. Ta sytuacja wymagałaby jakiejś reakcji, na przykład pocałunku udowadniającego mój realizm. Jednak nauczony bolesnym przykładem, wolałbym żeby moje jądra nie zmieniły objętości – Rafał patrzył mi prosto w oczy i szeroko się uśmiechał.
Nawet nie wiem kiedy, ale tym razem to ja go objęłam i pocałowałam. To był namiętny pocałunek. Jednak kiedy Rafał mocno mnie przytulił, przez moje ciało przeszedł prąd. Wyprostowałam się i odsunęłam od niego.
– Przepraszam, nie powinnam.
– Tak też myślałem. Zjedzmy omlet i sobie pójdę.
– Nie chcę żebyś szedł.
– A czego chcesz?
– Przyjmijmy, że to zbyt wczesny etap terapii na sprecyzowanie moich potrzeb.
– Ida, nie jestem psychiatrą. Nie chcę być lekiem na twoje lęki. Chociaż może chcę. Na pewno bym chciał żebyś dopuściła mnie do swojej prywatności, tej poza gabinetem lekarskim.
– Dlaczego jesteś taki młody?
– Wiem, mój błąd. Przepraszam, gdyby było to możliwe poprawiłbym się.
Tego wieczoru nie powiedzieliśmy już sobie nic ważnego. Omlet, który przyrządził był przepyszny. Siedzieliśmy na dywanie oparci o kanapę. Rafał obejmował mnie ramieniem, a ja trzymałam głowę na jego ramieniu. Nie wiem kiedy zasnęłam. Nad ranem obudziłam się przykryta kocem. Rafała już nie było, tylko kartka z napisem „Przykrywanie cię kocem staje się naszym rytuałem. Do zobaczenia”.

*22*

Monika pojawiła się u mnie pod koniec tygodnia. Nadal wyglądała na bardzo osłabioną. Ostatni raz widziałyśmy się prawie dwa tygodnie temu. Usiadła w fotelu. Jej pierwsze słowa mnie zaskoczyły.
– Tomek się do mnie odezwał. Zadzwonił jakby nigdy nic i powiedział, że chce się spotkać. Co powinnam zrobić?
Patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Chyba muszę Monikom nadać jakieś numery. Monika numer 1 to ta od zmyślonego Tomka, a numer 2 to ta prawdziwa. Ta, która nie radząc sobie z rzeczywistością chciała się zabić. Czyżby dziś na fotelu w moim gabinecie siedział nr 1? Jednak nadal uważałam, że to nie jest rozdwojenie jaźni. Gdzieś pod skórą miałam wrażenie, że ona mnie sprawdza.
– Zanim przejdziemy do Tomka, powiedz co wydarzyło się przez te dwa tygodnie od naszego ostatniego spotkania.
– Nic wielkiego. Nie chodzę na uczelnię, bo od tej akcji z lekami, kiedy pomyliłam witaminy z valium mojej matki, ona dostała jakiegoś świra i nie pozwala mi nigdzie wychodzić, tylko do pani. Czytałam książki, oglądałam filmy i takie tam. No i wczoraj zadzwonił Tomek.
– I tak po prostu powiedział, że chce się z tobą spotkać?
Monika patrzyła na mnie badawczo.
– Nie rozumiem.
– Czego nie rozumiesz?
– Pani. Przecież to farsa. Dlaczego daje się pani w nią wciągać?
– Bo mnie sprawdzasz. Nie za bardzo wiem w jakim celu, ale mnie sprawdzasz.
– Zastanawiam się czyim pani jest lekarzem. Moim czy mojej matki.
Stanęłam na przegranej pozycji. Nie wiedziałam i nie mogłam wiedzieć, co powiedziała Monice jej matka.
– Czyli to co powiedziała ci matka nadwyrężyło twoje zaufanie do mnie.
– W co pani gra? Terapia rodzinna? Po co? Co by miało to zmienić? Wydaje się pani, że pozjadała wszystkie rozumy i wszystko najlepiej wie. Jestem owocem gwałtu, tego pewnie pani nie wiedziała. Moja matka miała prawo uśmiercić w swojej pamięci tego gnoja i w mojej także. Ma prawo mnie nie kochać, a nawet nienawidzić. I pani nic do tego!
Monika wstała i wyszła trzaskając drzwiami. Mogłam to tak zostawić, ale wybiegłam za nią.
– Monika! Obie wiemy, że to nieprawda! Proszę cię, porozmawiajmy spokojnie. Twoja matka kochała twojego ojca. Jesteś owocem wielkiej, niespełnionej miłości, a jednocześnie wielkiego rozczarowania. Nie pozwól sobą manipulować. Nie jesteś niczemu winna. Oszukujesz samą siebie!
– Frazesy! Nic nie warte psychiatryczne pierdoły!
– Ok. Odpuśćmy to. Konkretnie, czego ode mnie oczekujesz?
– Szczerości. Ludzkiego podejścia, a nie podręcznikowych regułek. Ale pani chyba na to nie stać, więc dajmy sobie spokój.
– Czego się boisz? Własnych słabości? Tego, że musisz wymyślać sobie partnerów, bo boisz się prawdziwych związków? Tego, że niczego nie potrafisz zrobić dobrze od początku do końca…
– Nawet się zabić?!
W tym momencie mój profesor od psychiatrii kulturowej strzeliłby mi między oczy. Jego pierwsza zasada brzmiała: „Nigdy nie atakuj pacjenta. To zawsze obróci się przeciwko tobie”. Właśnie ją złamałam. I to po raz drugi od kiedy prowadzę praktykę. Profesor Stawiński zawsze zarzucał mi, że jestem zbyt emocjonalna, a przez to niestabilna. Nie wiedziałam co się teraz wydarzy. Monika stała na środku korytarza patrząc mi prosto w oczy. Gniew narasta w niej, jak lawa w wulkanie tuż przed erupcją.
– Kim jesteś, żeby mnie oceniać?
Wiedziałam, że już tego nie zatrzymam, jeśli teraz wyjdzie to koniec. Miałam wrażenie, że ta krótka chwila trwa wieczność. Przez mój mózg, jak bolesna błyskawica przeleciało wspomnienie pierwszej mojej pacjentki, którą straciłam. I nagle usłyszałam swój własny głos, który dochodził gdzieś spoza mnie.
– Idź. Nie będę cię zatrzymywać. Może faktycznie nie jestem w stanie spełnić twoich wymagań i ci pomóc.
Odwróciłam się i wróciłam do gabinetu. Doskonale wiedziałam, że Monika wyszła z budynku. Byłam wściekła na samą siebie. Nienawidziłam tego uczucia bezsilności, a jednocześnie poczucia winy. Gdy pakowałam swoje rzeczy zadzwoniła komórka. Popatrzyłam na wyświetlacz – Krzysiek – ten to miał chyba jakiś radar na moje złe samopoczucie. Wyciszyłam telefon i wrzuciłam go do torebki. Była dopiero godzina 15. Rzadko tak wcześnie zbierałam się w piątek do domu.

*23*

Siedziałam w szlafroku nad kubkiem gorącej białej herbaty z whisky. Ilekroć zamknęłam oczy pod powiekami jak film przelatywały mi wspomnienia o Dorocie. Jedynej mojej pacjentce, którą skierowałam do kliniki na leczenie, a w końcu do zakładu zamkniętego. Gdy pojawiła się w moim gabinecie była mniej więcej w wieku Moniki. Ja byłam młodym, niedoświadczonym psychiatrą, wiele osób radziło mi żebym zrezygnowała z jej przypadku. Skierowała ją do kogoś innego, starszego, bardziej doświadczonego. Ale ja wzięłam sobie za ambit, że dam radę, że jej pomogę. Cierpiała na chorobliwy strach przed śmiercią, jednocześnie cały czas prowokując sytuacje zagrażające jej życiu. Była typem wampira energetycznego. Każda jej wizyta była atakiem na mnie, że sobie nie radzę z jej przypadkiem, że nie umiem jej pomóc, i że wcale tego nie chcę. Po roku nie widząc poprawy poddałam się. W klinice przychodziłam do niej na sesje, kilka razy mnie zaatakowała a nawet zraniła. W końcu za moim wnioskiem trafiła do zakładu zamkniętego, gdzie po dwóch miesiącach udało jej się, wbrew podobno doskonałym zabezpieczeniom i opiece, skutecznie targnąć na swoje życie. Zawsze będę uważała, że w jej przypadku przegrałam, że nie zrobiłam wszystkiego co mogłam, że zgubiło mnie zarozumialstwo. Przerażała mnie myśl, że ta sytuacja może się teraz powtórzyć z Moniką. Nagle usłyszałam łomotanie do drzwi. Gdy jej otworzyłam zobaczyłam Rafała, który na rękach trzymał zakrwawioną Monikę.
– Co się stało?!
– Mnie się pytasz, w takim stanie leżała przed twoimi drzwiami. To twoja pacjentka? Tak wyglądają u ciebie wizyty domowe?
Rafał wniósł Monikę do mojego salonu.
– Musimy wezwać pogotowie, policję.
– Uspokój się. Przynieś miednice z zimną wodą, najlepiej dorzuć do niej jeszcze lodu, bandaże i kompresy. Zresztą po co ja to mówię, jesteś lekarzem.
– Skąd ona krwawi?
– Powiedzmy, że z nadgarstków.
Pobiegłam do łazienki. Gdy wróciłam Rafał klęczał obok opartej o kuchenne szafki Moniki i mocno zaciskał swoje dłonie na jej przegubach. Był tak opanowany i spokojny. Postawiłam przy nich miednicę i wsypałam do niej lód z zamrażarki. Rafał zanurzył w niej dłonie Moniki. Zimno spowodowało, że się ocknęła. Popatrzyła na mnie.
– Przepraszam, ale nie miała pani prawa mnie tak zostawiać.
Popatrzyła na Rafała i znowu zemdlała.
Ja też popatrzyłam na Rafała, a on uśmiechnął się i patrząc mi prosto w oczy powiedział:
– Jesteś strasznie roztrzęsiona. Uspokój się i podaj kompresy i bandaże.
– Musimy zawieźć ją do szpitala!
– Nie ma potrzeby. Rany nie są głębokie. Nie trzeba ich nawet szyć. Wystarczy, że zatamujemy krwawienie.
To ja byłam lekarzem, a czułam się jak we mgle. Patrzyłam na zdecydowane ruchy i zabiegi Rafała. Byłam przekonana, że nie robi tego po raz pierwszy. Jego matka także miała blizny na nadgarstkach. Ale jeśli w ten sposób ratował swoją matkę, to wtedy był jeszcze dzieckiem.
– Połóżmy ją gdzieś i przykryjmy kocem. Nie patrz tak na mnie. Wyglądasz jak przerażone dziecko. Nadal uważam, że telefon na pogotowie, a tym bardziej na policję nie jest dobrym pomysłem. Ona nie podcięła sobie żył, tylko pokaleczyła nadgarstki. To nie była próba samobójcza. Zrobiła to przed twoimi drzwiami, bo chciała zwrócić na siebie uwagę. To forma pokazówki.
– Gdyby nie ty, nie wyszłabym zobaczyć czy ktoś przypadkiem nie wykrwawia się przed moimi drzwiami, bo nie mam takiego zwyczaju. Umarłaby – rozumiesz!
– Uwierz mi, nie umarłaby. Poza tym byłem tu i już wszystko jest ok.
– Nie zawsze tu będziesz!
– Powiedz tylko słowo, a będę zawsze.
– Nie dobijaj mnie!
– Próbuję rozładować tą grobową atmosferę.
– Dzięki. Muszę chociaż zadzwonić do jej matki.
– I co jej powiesz? Że zagadałyście się w gabinecie i zostanie u ciebie na noc? Czy może, że leży na twojej kanapie bo pokaleczyła się na twojej wycieraczce?
– Rafał!
– Ty naprawdę nie wiesz co robić.
– Nie jestem matką, ale ja umarłabym, gdybym nie wiedziała gdzie jest moje dziecko.
– Nie każda matka aż tak się przejmuje swoimi dziećmi. Ta dziewczyna jest już dorosła, chyba może jedną noc nie wrócić do domu.
– Jakiś miesiąc temu Monika próbowała się otruć. Od tego czasu matka nie wypuszcza jej z domu. To taka forma troski.
– Z którą ty się nie zgadzasz?
– Tu nie ma znaczenia czy się z nią zgadzam. Musze zadzwonić.
– Z tego co powiedziała zawiodłaś ją. Nie rób tego po raz drugi, bo ją stracisz!
Czułam się jakbym dyskutowała z innym psychiatrą, a to odbierało mi pewność siebie.
– Skąd tyle wiesz o zaopatrywaniu pociętych nadgarstków?!
– Czekałem kiedy zadasz to pytanie. Tylko nie wiem po co, skoro znasz odpowiedź.
– Nie wierzę, że jako11-latek opatrywałeś tak swoją matkę.
– Jeśli mam być dokładny, to po raz pierwszy opatrywałem jej nadgarstki, gdy miałem 6 lat.
– A blizny na twoich rękach?
– Więc będziemy teraz rozmawiać o mnie? Większość blizn, które widziałaś na ciele mojej matki, pochodzą od ran, które zadawała sobie sama. Gdy miałem 7 lat podpatrzyłem jak na swoich dłoniach i przedramionach robi drobne nacięcia. Jak to dziecko, chciałem spróbować. Pociąłem się nożykiem do owoców. Bolało jak cholera. Stąd te blizny. Nigdy więcej tego nie powtórzyłem. To chciałaś usłyszeć.
– Nie wiem co chciałam usłyszeć. Pierwszy raz w życiu nie panuję nad tym co dzieje się dookoła mnie. Popadam w panikę.
Nie sądziłam, że atmosferę rozładuje ocknięta Monika.
– Nie krzyczcie tak! To chyba o mnie powinniście się najbardziej martwić.
Popatrzyliśmy na nią, potem na siebie. Pierwszy odezwał się Rafał.
– Nie dość, że aktorka to jeszcze egoistka.
Obie z Moniką popatrzyłyśmy na niego z wyrzutem.
– Dzwoniła pani do mojej matki?
– Jeszcze nie.
– Proszę, niech pani tego nie robi. Ona i tak nie zrozumie.
– Będzie się o ciebie martwić.
– Nie będzie. Nie ma jej dziś w domu. Przysięgam, nie kłamię. Proszę pozwolić mi tu zostać.
– Prześpij się. Porozmawiamy jutro.
– Dziękuję i przepraszam.
– Śpij.
Przeszliśmy z Rafałem do kuchni. Po kilku minutach Monika zasnęła. Wyglądała tak spokojnie, jakby nic się nie stało.
– Ile bierzesz za tego rodzaju wizyty domowe?
– Jesteś niemożliwy.
– Wiem. I to cię we mnie podnieca.
– I osłabiający.
Śmialiśmy się cicho, żeby nie obudzić Moniki.

*24*

Sobota rano. Razem z Rafałem zdrzemnęliśmy się na fotelach w salonie, tak żeby mieć cały czas kontrolę nad Moniką. Gdy się obudziłam Rafała nie było w fotelu, wtedy poczułam zapach kawy. Spojrzałam na Monikę, spała jak dziecko. Obandażowane ręce trzymała pod głową. Była 6.18 rano.
– Zrobiłem kawę.
Podniosłam głowę, Rafał trzymał dwa kubki z gorącą, parującą kawą. Głęboko wciągnęłam jej zapach.
– Dzięki. Przespała całą noc.
– Czuje się tu bezpieczna.
– Jest jak małe przerażone zwierzę, które próbuje wydostać się z pułapki.
– Pomóż jej.
– Nie wiem czy dam radę.
– Wybrała ciebie. Musisz chociaż spróbować.
– Raz już przegrałam podobną walkę.
– Więc ich nie porównuj, bo przegrasz schematycznie.
– Czasami chciałabym, żeby pewne rzeczy były prostsze.
– Gdy byłaś mała na pewno wspinałaś się po drzewach jak przystało na „grzeczną” dziewczynkę, prawda?
– Tak.
– I zawsze wybierałeś te, na które można było wejść bez problemów?
– Przeważnie nie. Czasami mam wrażenie, że to ty jesteś psychiatrą.
– Ale tylko twoim prywatnym. Budzi się.
Popatrzyłam na Monikę. Zaczynała przeciągać się jak kot. Nagle syknęła, musiały urazić ją bandaże na nadgarstkach. Gwałtownie usiadła na kanapie i popatrzyła na nas. Milczała.
– Spałaś całą noc. Wczoraj nie było okazji, to jest Rafał.
– Przepraszam, to było głupie.
– Bardzo.
– Nie chcę wracać do rzeczywistości, w której żyję. Chcę coś zmienić.
– To wybrałaś raczej kiepski sposób, ale to nie ja jestem tu terapeutą – Rafał zwrócił się do mnie – poradzisz sobie?
– Tak, dzięki.
– Zaglądnąć wieczorem?
– Nie. Zadzwonię do ciebie.
Odprowadziłam Rafała do drzwi.
– Przystojny. Tak mógłby wyglądać mój Tomek, gdyby istniał.
– Zjesz coś? Zrobię nam kanapki. Kawy, a może wolisz herbatę?
– Jeśli mogę, to wolałabym herbatę. Nie pijam kawy. Może pomogę przy kanapkach?
– Dam sobie radę.
– Dlaczego pani na mnie nakrzyczała w gabinecie?
– Bo nie lubię gdy ktoś próbuje szantażować mnie emocjonalnie. Zagrałaś poniżej pasa. Skąd miałaś mój adres domowy?
– Szłam kiedyś za panią. Nie jestem psychopatką. Po prostu…czułam, że może to mi być potrzebne.
– Moniko, nie zmienisz przeszłości, możesz tylko spróbować się z nią pogodzić. Zmieniać możesz przyszłość, ale na pewno nie poprzez tego typu inscenizacje. Obiecaj mi coś…
– Obiecuję, że nigdy więcej nie zrobię sobie krzywdy na pani wycieraczce.
– Dziękuję, ale nie o to mi chodziło, chociaż trzymam cię za słowo. Obiecaj mi, że temat Tomka jest już zamknięty i nie będziesz wymyślać nowych zdarzeń z jego udziałem, ani nowych irracjonalnych osób.
– Chciałabym się w kimś zakochać, z wzajemnością. W kimś prawdziwym. Na przykład w takim Rafale.
– A ja chciałabym wrócić do tematu twojego ojca.
– To darmowa psychoanaliza?
– Nie. Policzę ci za każdą godzinę od wczoraj – uśmiechnęłam się.
– Żartuje pani?
– Skoro już tu jesteś wykorzystajmy ten czas na szczerość, o którą sama prosiłaś.
– Nie mam teraz siły na rozmowę o moim ojcu.
– A możesz mi powtórzyć co powiedziała ci twoja matka.
– Wykrzyczała. Ona mało mówi, raczej krzyczy.
– A jej głos nie należy do łatwo przyswajalnych.
Ugryzłam się w język. Monika patrzyła na mnie ze zdumieniem, na jej twarzy zaczął pojawiać się delikatny uśmiech.
–  Lubię gdy pani się zapomina – jej uśmiech był już szeroki i szczery – moja matka powiedziała, że żeby pomóc mi, pani potrzebuje jej pomocy, i że zaproponowała pani sesje łączone, a ona nie po to płaci, żeby musiała brać w tym udział. Stwierdziła, że pani na mnie nie zależy i chce pani tylko podwójnie zedrzeć z nas pieniądze. Poczułam się oszukana i rozczarowana.
– A skąd wziął się gwałt?
– Gwałt?
– Wykrzyczałaś u mnie w gabinecie, że jesteś owocem gwałtu.
– A pani w to nie uwierzyła.
– Nie. Ale myślę także, że sama tego nie wymyśliłaś.
– Dwa dni temu znowu pokłóciłam się z mamą. Wyrzuciłam jej, że nie kocha mnie tylko dlatego, że jestem córką tego człowieka. Wtedy ona wpadła w furię i wykrzyczała, że nie można kochać owocu gwałtu. Na tym nasza kłótnia się skończyła. Słowa „owoc gwałtu” były jak dzwonek alarmowy włączony w moim mózgu.
– W szpitalu, gdy leżałaś po połknięciu valium, rozmawiałam z twoją mamą. Z tej krótkiej rozmowy wywnioskowałam, że wiele wycierpiała przez twojego ojca, ale jednocześnie uważam, że bardzo go kochała. Mimo tego co mi o nim opowiedziałaś, trudno mi uwierzyć w gwałt. Twoja mama powiedziała także, że łyknięcie valium było twoją trzecią próbą samobójczą.
– To był pierwszy raz, kiedy naprawdę chciałam się zabić. Dwa poprzednie to desperacka chęć zwrócenia na siebie jej uwagi.
– Ona nadal nie wie, że spotkałaś się z ojcem?
– Nie. Nigdy jej tego nie powiem. Zresztą nie ma się czym chwalić.
– Może jednak powinnaś?
– To byłaby czwarta próba samobójcza – Monika spojrzała na swoje nadgarstki -…piąta.
– Nie pomnażajmy tych zdarzeń. Ta filmowa scena na mojej wycieraczce, nie była próbą odebrania sobie życia, tylko ukarania mojej osoby za sprzeciw. Mimo to prawda jest taka, że gdy cię zobaczyłam byłam przerażona, nie wiedziałam co robić, tak jakbym nie była lekarzem. To Rafał cię opatrzył.
– Nie jest pani typowym psychiatrą. Angażuje się pani w problemy swoich pacjentów. Na początku w to nie wierzyłam. Dopiero gdy zadała mi pani pytanie o to dlaczego wymyśliłam Tomka. Nie mogłam pojąć jak się pani tego domyśliła. To mnie przeraziło, ale jednocześnie sprawiło, że pani zaufałam. Dawno nikomu nie ufałam. Słowa mojej matki spowodowały, że to zaufanie się zachwiało – Monika zaczęła masować jeden ze swoich nadgarstków – gdybym miała takiego Rafała nigdy nie musiałabym wymyślać Tomka.
Jej zmienność nastrojów i tematów już mnie nie zaskakiwała, ale ciągle martwiła. Położyła ręce na kolanach i patrzyła w podłogę.
– Moniko, chyba powinnaś zadzwonić do mamy.
Popatrzyła na mnie, potem na zegarek…
– O cholera! Miałam się zameldować pół godziny temu! Mogę? – wskazała na telefon.
– Oczywiście.
Chwyciła słuchawkę i nerwowo wybrała numer.
– Przepraszam mamo. Przysnęłam w wannie. Wszystko ok. Byłam, nic nowego, jak zwykle. Kiedy wracasz?
Patrzyłam z jaką łatwością przychodzi jej to „drobne” kłamstwo i usiłowałam sobie przypomnieć, czy w jej wieku byłam podobna. Moja mama zawsze wiedziała kiedy ściemniałam. Do kłamstw miała nosa jak owczarek niemiecki. Domyśliłam się, że stwierdzenia „byłam, nic nowego i jak zwykle” dotyczyło wizyty u mnie. Monika odłożyła słuchawkę i z miną a’la „przepraszam” popatrzyła na mnie.
– Wiem, zastanawia się pani czy często tak kłamię.
– Myślę, że często.
– Ale kłamię tylko wtedy, gdy wymaga tego sytuacja. Nie jestem nałogową kłamczuchą.
– Jeśli mogę spytać, gdzie jest twoja mama?
– Pojechała na jakąś delegacje z pracy. Wraca za trzy dni. Będę już mogła ściągnąć wtedy opatrunki? – wyciągnęła w moją stronę dłonie.
– Myślę, że tak. Moniko, może jednak chciałabyś przyjść do mnie ze swoją mamą?
– Na pewno jeszcze nie teraz. Będę uciekać. I tak już zajęłam pani wystarczająco dużo czasu.
– Tu masz moją komórkę. Zadzwoń jutro jak się czujesz. I uważaj na siebie.
– Obiecuję, że będę grzeczna.
Wzięłam kajet wizyt.
– Widzimy się w czwartek o 15.00?
– Do zobaczenia.
Monika pozbierała swoje rzeczy. Gdy odprowadzałam ją do wyjścia, nagle się odwróciła i mnie objęła.
– Dziękuję i jeszcze raz przepraszam.
Zamknęłam za nią drzwi. Dopiero w tym momencie poczułam jak strasznie boli mnie głowa. Właśnie mijało południe mojej kolejnej wolnej soboty.

*25*

Potrzebowałam jakiejś zmiany, odreagowania. Wzięłam telefon i wykręciłam do Karoli. Długo nie odbierała, nagle w telefonie usłyszałam sapanie.
– Karolka? Nie przeszkadzam?
– No coś ty głuptasie! Jadę rowerem.
– Bo już myślałam, że przeszkodziłam w małżeńskich przyjemnościach.
– Ty lepiej nie myśl! W sumie jestem niedaleko ciebie. Mogę wpaść. Mam pomysł! Odkurzymy twój rower i pojeździsz ze mną.
Nie siedziałam na rowerze od bardzo, bardzo, bardzo dawna. Ale tym razem ten pomysł wydał mi się nie taki głupi.
– Ok. To czekam na ciebie w garażu.
– Dobrze się czujesz? O cholera widzę, że mamy alarm. Już pędzę!
Sygnał zajętości w słuchawce trochę mnie ogłuszył. Zaczęłam się śmiać. Fakt był taki, że w każdej innej sytuacji, na propozycję rowerowej przejażdżki stwierdziłabym, że zwariowała. W ogóle nie wiedziałam po co trzymam rower, którego nie używam. Może najwyższy czas to zmienić. Nagle rozległo się walenie w drzwi. Wiedziałam, że to Karola, mimo to pierwszym skojarzeniem był wczorajszy wieczór. Gdy złapałam za klamkę, pojawiło się przekonanie, że otwierając drzwi zobaczę Rafała trzymającego na rękach krwawiącą Monikę.
– Ida! Otwieraj!
– Już, spokojnie.
Karola wjechała do mojego domu rowerem.
– Sorki, nie zabrałam zabezpieczenia.
– Kawy?
– No niestety nie mogę nic mocniejszego, chociaż….- Karola wyciągnęła telefon i wybrała numer – Kochanie jestem u Idy, mamy tu sytuacje awaryjną wymagającą alkoholu. Mógłbyś wieczorkiem wziąć nissana od rodziców i przyjechać po mnie i rower? Nie ma lepszego męża od ciebie. Całuski.
– Michał pomyśli, że jestem alkoholiczką. Naprawdę myślałam, że przejedziemy się na rowerach.
– Jasne kochanie, ale to chyba nie będzie dzisiaj. Wyglądasz jakby cię zdjęli z krzyża. Gwintówka? Jak za dawnych lat?
– Myślałam, że gdzieś wyjdziemy.
– A ja myślę, że musimy się spić i to porządnie. Chcesz to robić publicznie?
– Wczoraj jedna z moich pacjentek, można powiedzieć, że prawie podcięła sobie żyły przed moimi drzwiami, dlatego chciałam wyjść z domu.
– O kurwa! – Karolina znowu sięgnęła po telefon – Wiesz, że cię kocham nad życie, ale chyba nie wrócę dziś na noc. Pacjentka Idy podcięła sobie żyły na jej wycieraczce. Widzisz skarbie, a ty uważasz, że to my mamy problemy. Rozumiesz kochanie, że to wymaga całonocnej sesji terapeutycznej. Uściskam ją. Kocham cię. Dawaj ten alkohol! Wyjście z domu to nie rozwiązanie, trzeba odciąć się od problemu. Alkohol!
Dwie, prawie ryczące czterdziestki, z ciągiem do alkoholu i rowerem w salonie, świetny zestaw. W bardzo dużym skrócie opowiedziałam Karoli wczorajszą akcję ratowniczą, której właściwie byłam tylko widzem.
– Najważniejsze, że nic jej się nie stało. Mnie intryguje bardziej ten Rafał. On jest wszędzie gdzie się poruszysz?
– Karola, nie chodzi teraz o Rafała…
– Tak, tak, tak. Jasne. Kochana z pacjentką sobie poradzisz, o to jestem spokojna, ale ten Rafał chyba zmienia twoje podejście do mężczyzn. To musi być jakiś super bohater.
– Gdy Monika powiedziała, że chciałaby się zakochać w takim Rafale pomyślałam, że może to faktycznie nie głupi pomysł, żeby ich spiknąć. Wiekowo pasują do siebie w sam raz.
– Ty chyba za dużo wypiłaś – popatrzyłyśmy na w połowie pustą pierwszą butelkę wina – albo stanowczo za mało. Lej, to będzie dłuższa terapia. On nie chodzi za Moniką, tylko za tobą.
– Nie znał do tej pory Moniki.
– Ida! Do cholery! A ty co, instytucja charytatywna: „oddam biednym każdego gacha jaki się koło mnie zakręci, wszystko dla dobra psychoanalizy ogółu i dla pominięcia jednostki” – ten wywód Karoli sprawił, że sama sięgnęłam po wino i łyknęłam z gwinta – Pamiętaj, że Rafał nie jest rzeczą, którą możesz przekazać komu chcesz. On z jakiś dziwnych pobudek wybrał ciebie. Powinnaś to docenić.
– Kocham cię. Faceci w ogóle zbliżają się do mnie w wyniku dziwnych, niezrozumiałych pobudek.
– Przestań się nad sobą użalać. Przecież to ty za każdym razem dajesz im kopa w dupę. A ten spryciarz się nie poddaje, jest twardy. Proszę, nie zabij w końcu i jego entuzjazmu. Przestań się przez cały czas kontrolować i skacz! Kiedy ostatni raz byłaś zakochana? Pamiętasz w ogóle?
Nawet nie wiem kiedy Karola otworzyła drugą butelkę wina. Uniosła ją i powiedziała:
– Teraz każda ma swój gwincik. Na potęgę posępnego czerepu, mocy przybywaj!
To był nasz toast sytuacyjny sprzed kilku lat. Gdy już każda miała w czubie po prawie całej butelce wina, zaczęłyśmy się śmiać jak głupie. Wtedy zadzwoniła moja komórka. Nawet nie zdążyłam zobaczyć kto, gdy Karola chwyciła aparat i go odebrała.
– Przeszkadzasz nam w dzikiej orgii! Nie dzwoń więcej, szkoda twojego czasu. Ida skacze na głęboką wodę! – modliłam się, żeby to tylko nie była moja mama. Karola rozłączyła się i popatrzyła na mnie – I ani słowa o Krzysztofie, bo zwrócę ten przepyszny trunek. Nie możemy pozwolić na takie marnotrawstwo.
– Więc to był Krzysiek?
– Ciiiiiiiiiiiiiiii. Po gwinciku?
Od tej pory już zbytnio nie pamiętam o czym rozmawiałyśmy. Na pewno bardzo dużo się śmiałam, bo bolały mnie brzuch i twarz, chyba się nawet popłakałyśmy ze śmiechu. Jak się okazało rano, wypiłyśmy po dwie butelki wina na głowę i jedno duże Martini. O dziwo w ogóle nie miałam kaca. Gdy robiłam nam mocną kawę, jak bumerang wróciło do mnie, że Karola rozmawiała wczoraj z Krzyśkiem i powiedziała mu coś o dzikiej orgii. To mniej więcej tak, jakby powiedzieć psu, że suka sąsiadów dostała cieczki, jakkolwiek brzmi to bezsensownie, sedno tego wywodu zostaje zachowane. Dzwonek, Karola poderwała się z kanapy.
– To na pewno Michał.
Boże błagam, niech to będzie Michał. Karola otworzyła drzwi. Dziękuję!
– No jak tam moje alkoholiczki? Kacyk?
– A właśnie, że nie. Kto pije umiejętnie, na drugi dzień nie cierpi.
Popatrzyliśmy na siebie z Michałem, potem na Karolinę.
– Chyba z umiarem…
– Tu kochanie umiaru nie było, więc zostają tylko umiejętności i dobre towarzystwo.
Michał znowu popatrzył na mnie.
– Nie było umiaru?
– Oj, był bo alkohol nam się skończył – nie miałam chyba zbyt mądrej miny, ale wszyscy zaczęliśmy się śmiać – Michał, napijesz się kawy?
– Chętnie.

*26*

– Ida! Gdzie jesteś? Dlaczego drzwi są otwarte?
Uwielbiam niezapowiedziane wizyty mojej mamy.
– Zaraz zejdę.
– Ty chyba faktycznie kusisz los. Chcesz żeby cię okradli?
– Mamo, przed chwilą wyszli Karola z Michałem. Zapomniałam zamknąć.
Gdy zeszłam na dół, moja matka stała na środku salonu jak zaczarowana i wpatrywała się w jakiś punkt na dywanie.
– Wszystko ok, czy masz zawał?
– Bardzo śmieszne! Ty mnie faktycznie przyprawisz o zawał! Nie odzywasz się do starej, schorowanej matki. Masz w nosie jak się czuję. Nie zapraszasz mnie, ale już widzę dlaczego. Co to jest?
Popatrzyłam na dywan. Moja mama stała nad małą czerwoną plamką.
– Plama.
– Nie rób ze mnie idiotki, przecież widzę. To krew.
– Mam obfity okres – to chyba najgłupsze, co mogłam wymyślić.
– Czy ty z okłamywania mnie czerpiesz jakąś wyjątkową satysfakcję?
– Mamo, jesteś gorsza od psa policyjnego.
– Jasne, jeszcze mnie obrażaj.
– Proszę cię.
– Co tu się stało? I nie zmyślaj, że wczoraj na tym dywanie straciłaś dziewictwo, bo w takie głupoty nie uwierzą!
– W tym wieku, to chyba operacyjnie i to z własnym ginekologiem.
– Ida, do cholery!
– Mamo, miałam ciężki weekend. Chciałabym, żeby chociaż skończył się spokojnie.
– Oczywiście, nie informujesz mnie o swoich problemach! Nic mi nie mówisz, a ja się martwię.
– Mamo, z małej, cholernej plamki robisz aferę na wagę Watergate! Wpadłaś, żeby sprawdzić jak dawno nie czyściłam dywanu?
– Nie, przyszłam porozmawiać o tobie i Krzysztofie.
– To może jednak pogadajmy o tej plamie, będzie ciekawiej, uwierz mi.
– O co tobie chodzi? Dlaczego to taki drażliwy temat? Spotykasz się z nim od tylu lat, więc dlaczego nie możemy o tym porozmawiać?
– Bo już wielokrotnie żeśmy próbowały i nigdy nic z tego nie wychodziło.
– Bo zrzucasz temat, jak jakaś zacięta maszyna. Nie pojmuję, jak można się spotykać od tylu lat, sypiać ze sobą i nie chcieć być razem.
– Właśnie od tylu lat nie umiem ci tego wytłumaczyć? Mamo, spotykamy się bo w jakiś dziwny sposób się lubimy, a raczej jesteśmy do siebie przyzwyczajeni i znamy wszelkie nasze ułomności. Jesteśmy sobie czasami potrzebni, to rodzaj zamiennika, z braku laku lepszy kit, działający w obie strony. Jeśli któremuś z nas trafiłaby się lepsza okazja lub tzw. prawdziwa miłość, zerwalibyśmy kontakt od razu.
– Nie raz przez te wszystkie lata byliście z kimś związani, a gdy to padało, wracaliście do siebie. Nie podoba mi się to, ale może po prostu jesteście sobie przeznaczeni?
– Mamo, to nie ta bajka. Ja już dawno zeszłam z wieży po własnym warkoczu, a Krzyśkowi zdechł biały rumak.
– Ida, ja się o ciebie martwię.
– Jestem już dużą dziewczynką, daję sobie radę. Jak klapnę dupą w kałużę, sama z niej wstanę i wypiorę swoje rzeczy. A na to żeby dać ci wnuki już naprawdę jestem za stara. Poza tym, Krzysiek to chyba najgorszy z możliwych potencjalnych ojców.
– Kochanie, nie chodzi o wnuki. Ja chcę żebyś ty w końcu była z kimś szczęśliwa a nie sama. Zosia samosia. Masz tylko pracę, to stanowczo za mało.
– Mam też wielu przyjaciół i ciebie i Piotra. Zawsze mogę na was polegać.
Zadzwoniła moja komórka. Popatrzyłam na wyświetlacz.
– O słodki Jezu, a co to za święto?
– Kto to?
– Arek. Nie dzwonił od wieków.
– Zapewne ma jakiś problem.
– Do mnie ludzie z założenia dzwonią z problemami. Oddzwonię do niego, bo czuję, że to będzie dłuższa rozmowa. A kończąc naszą…
– Kończąc? Czyli już się nagadałyśmy?
– Mamo, wałkujemy ten sam temat od kilku lat, jak coś się w nim zmieni dam Ci znać.
– Nie lubię, gdy jesteś ironiczna.
– To nie ironia, tylko zmęczenie wynikające z braku kompromisu i konsensusu tych pseudo psychologicznych dyskusji. Kocham cię. Ale naprawdę dam sobie radę. A jeśli nie, będziesz pierwszą osobą, do której zwrócę się o pomoc. Przecież o tym wiesz.
– No dobrze. Mam nadzieję, że kiedyś jednak coś uda nam się ustalić. Też cię kocham. Wpadnij czasami do nas.
Gdy wyszła usiadłam na kanapie i wybrałam numer do Arka.

*27*(1)

– Jak dobrze, że oddzwoniłaś.
Głos Arka brzmiał jakby miał gorączkę, albo tysiąc rzeczy, których nie może ogarnąć.
– Jakiś sztorm? Co to za święto, że nagle po tych kilku latach wpłynąłeś do rodzimego portu.
– Oj tam od razu po kilku. Nie widzieliśmy się jakieś trzy lata?
– Nie liczyłam. To kobieta, czy kobiety. Bo myślę, że z jachtem wszystko ok?
– Nie zmieniłaś się.
– A liczyłeś na to?
– Nie. Tak dobrze mnie znasz, czy tak łatwo odgadnąć moje problemy?
– Kochany, znam cię od dziecka i przez cały ten czas twoje problemy nie były ani zbyt skomplikowane, ani różnorodne.
– Wiek nie przytępia twoich pazurków?
– Wiek je jeszcze bardziej zaostrza, zmieniając wręcz w ironiczne tasaki.
– Spotkajmy się, jestem w mieście. Pogadamy na spokojnie. Doradzisz mi.
– Jesteś pewny, że chcesz, żebym ci doradzała?
– Nie dzwoniłbym, gdybym nie chciał żebyś wylała na mnie wiadro zimnej wody.
– Twój masochizm zasługuje na jakąś specjalną nagrodę.
– Czyli widzimy się u ciebie?
– Ty mały skunksie. Kiedy wypływasz?
– Chwilowo nie mam w planach żadnych rejsów. Ale zależy mi żeby spotkać się jak najszybciej. To nie może długo czekać.
– A masz jakieś swędzenie czy wysypkę?
– Hahaha, nie wkurzaj mnie i nie pastwij się nade mną.
– A jaką miałabym z tego przyjemność gdyby nie satysfakcja z pastwienia się nad tobą. Ok, spotkajmy się jutro – popatrzyłam w mój kalendarz – tak o 18, W CafeCela?
– Od razu chcesz mnie zamknąć? Będę na 100 procent.
Arek, 33-letni miłośnik żeglarstwa. Mój kolega z lat dzieciństwa, kiedy mieszkaliśmy w bloku i ponad połowę dnia spędzaliśmy na podwórku. Przez wiele lat, z powodu że był młodszy, zajmował niższy szczebel hierarchii podwórkowej. Z czasem z podwórkowego dzieciaka stał się moim przyjacielem. Doradzałam mu, opieprzałam go, on opieprzał mnie i tak żeśmy dorastali.
Po poniedziałkowych przyjęciach pacjentów, miałam niecałe dwie godziny do spotkania z Arkiem, co wykorzystałam na zrobienie zakupów uzupełniających moją pustą lodówkę. Jak zwykle małe zakupy wypełniły cały bagażnik. Gdy weszłam do CafeCela, Arek siedział już przy stoliku i jak zwykle wklepywał coś w komórkę. Nic się nie zmienił, trzydziestoparoletni facet wyglądający ciągle jak gówniarz.
– Jesteś! Już myślałem, że się nie doczekam.
– Od kiedy tu siedzisz?
– Od 16.
– Nie spóźniłam się.
– Nigdy się nie spóźniasz. Co u ciebie?
– Praca, praca, praca. Szkoda czasu. Lepiej powiedz co to za problem.
– Związałem się z kimś. Na stałe…- Arek patrzył na mnie czekając na moją reakcję.
– Ale to chyba nie jest ten problem? – popatrzyłam mu w oczy.
– Nie znoszę cię! – roześmiał się.
– Lepiej zadaj to konkretne pytanie, albo wyartykułuj konkretny problem.
– Jestem z jedną dziewczyną od jakiegoś już czasu. Do mojego życia wróciła jednak dawna znajoma, nie widzieliśmy się kilka dobrych lat. Nie jest jakąś gwiazdą filmową, ale mam straszną ochotę ją…
– Dobra! Oszczędź mi szczegółów twych potrzeb. Więc jestem tu po to, żeby opowiedzieć się za twoimi ochotami i jako psychiatra usprawiedliwić jednocześnie twoje wyrzuty sumienia? Czy mam powiedzieć żebyś tego nie robił, uzasadniając tę wypowiedź psychologicznym wykładem? Gdzie jest obecnie twoja stała partnerka?
– W mieście.
– A ta, która powróciła?
– Też w mieście.
– Tym samym? To ją przeleć. Co mnie to w ogóle interesuje. To jest twoje życie.
– Nie zmieniłaś się, nadal drażnią cię moje problemy.
– Arek! To nie są problemy! Nie widzieliśmy się kilka lat, a ja mam wrażenie jakbyś tydzień temu dzwonił do mnie z problemem poznanej przez neta laski, która na zdjęciu wyglądała bosko, a w realu już nie do końca. Wtedy też nie wiedziałeś czy masz się z nią przespać. A jak się już przespałeś, to przeraziła cię hasłem, że chce żeby wasze dzieci miały twoje oczy!
– Też byś się przeraziła. Będziesz mi to wypominać do końca życia?
– Myślałam, że dorośniesz.
– Zdrada Majki to dla mnie duży dylemat!
– Obyś przez całe życie miał takie dylematy! – zadzwonił mój telefon. Popatrzyłam na wyświetlacz, nie znałam numeru – Słucham.
– Witam pani doktor, tu Monika. Dzwonię zgodnie z umową. Melduję, że wszystko jest ok. Czuję się dobrze, trochę swędzą mnie nadgarstki, ale staram się ich nie drapać. Jeszcze raz chciałam przeprosić i podziękować, za wszystko – powiedziała to chyba na jednym wydechu.
– Dziękuję, że pamiętałaś. Trzymaj się. Widzimy się w czwartek. Gdyby cokolwiek się działo dzwoń wcześniej.
– Dziękuję. Do czwartku.
– Twoja pacjentka? Domyślam się, że ma poważniejsze problemy ode mnie?
To było jak kopnięcie prądem. Popatrzyłam na Arka. Siedział na wprost mnie i czekał.
– Zastanawiałem się, czy twoja złość na męską rasę weźmie górę i ostentacyjnie wyjdziesz, czy jednak wygra natura psychiatry.
– Złość na męską rasę kontra psychiatryczna natura? A Majka, to nie przypadkiem żona Kuby? W coś ty się znowu wpakował? – Arek posmutniał – Zbieraj się. Widzę, że ta dyskusja wymagać będzie bardziej kameralnego otoczenia, bo mogę nie utrzymać długo spokojnego poziomu głosowego moich wypowiedzi.
– A nie mówiłem, że od razu przyjadę do ciebie!
– Pomożesz rozpakować mi zakupy.
Arek uśmiechnął się.
– Czyli nadal rozwiązujesz sercowe problemy innych, by nie rozwiązywać swoich własnych? Myślałem, że przez te kilka lat coś zmienisz w tym temacie.
– Wiem, że moje milczenie uznasz za odpowiedź twierdzącą, więc pomilczmy.
I tak w milczeniu dojechaliśmy do mnie do domu. Arek pomógł rozpakować mi bagażnik i wnieść wszystko do domu. Stał na środku salonu rozglądając się dookoła.
– Boże, jak ja tu dawno nie byłem. Pamiętasz jak nazywałem twój dom?
– Tak, pamiętam.
– Jaskinia stalowej lwicy. Lata lecą, a tu nadal nie ma lwa.
– Czego się napijesz?
– Whisky. Wizyty u ciebie zawsze kojarzyły mi się z dobrą whisky. Mimo, że ty jej nie pijasz.
Podałam Arkowi butelkę, a ja poszłam po kieliszki i jakieś zakąski z niedawno co zrobionych zakupów.
– Opowiadaj. Tylko nie staraj się w parę godzin streścić mi tych kilku ostatnich lat twojego życia, bo mogę tego nie ogarnąć.
– Ostatnie kilka lat mojego życia to w telegraficznym skrócie: morza, jeziora, oceany i zdjęcia, które wysyłałem ci na maila.
Czasami zazdrościłam mu tego poczucia wolności, jakie dawało mu żeglarstwo. Jednak mnie woda nigdy tak nie magnetyzowała. Popatrzyłam na Arka. Wyglądał jakby nie wiedział jak ma zacząć.

*27* (2)

– Od kiedy jesteś w Polsce?
– Prawie od pięciu miesięcy. Mniej więcej od jakiś czterech, mam romans z Majką. Maja była już w Niemczech, wtedy zdradziłem ją z moją koleżanką, która wróciła ze Stanów. Ale to teraz nie ma znaczenia.
– A co ma znaczenie?
– Trzy dni temu wyprowadziłem ją i jej synka z mieszkania pod nieobecność jej męża. Wynająłem trzypokojowe mieszkanie, właśnie się urządzamy.
Arek patrzył w szklankę z whisky, jakby chciał sprawić żeby jej zawartość zniknęła bez konieczności wypijania trunku. Po czym jednym haustem wypił wszystko co w niej miał. Wzięłam butelkę i nalałam mu.
– Wypijmy więc za twój prawdziwy problem! Gdzie jest teraz Majka z synem?
– W mieszkaniu.
– A ty, gdzie jesteś?
– Czasami mam ochotę rzucić ci się do gardła i udusić. Oficjalnie, jestem na spotkaniu z kumplami. Tylko na mnie nie krzycz.
– Krzyczeć? Mam raczej ochotę przełożyć cię przez kolano i wlać ci w dupę! O czym wyście myśleli?! Kuba robił im jakąś krzywdę?
– Nie. Ale nie chce Majce dać rozwodu!
– Arek, proszę cię. Ty na jego miejscu, gdybyś się dowiedział, że twoja żona ma przydupasa, dałbyś jej rozwód tak od ręki? Zabraliście mu dziecko! Czyli teraz się ukrywacie? Co mam powiedzieć? Uważajcie na siebie?
– On nic nie zrobi. To bezjajec.
– Poznałam Kubę. To, że jest wyjątkowo spokojnym człowiekiem, nie znaczy, że nie może się wkurwić.
– Szczerze? Tego się właśnie boję.
– Od kiedy on wie, że masz romans z jego żoną?
– Prawie od początku.
– Więc z tym zdołał się już w jakiś sposób pogodzić. Ale zabierając mu dziecko, uderzyliście poniżej pasa.
– To była jedyna słuszna decyzja!
– To nie była żadna decyzja! To był impuls, który może was wszystkich dużo kosztować!
– Kocham Majkę.
– Arek! Po trzech latach pływania po morzach i oceanach, w parę tygodni załatwiłeś sobie rodzinę. Tak jakbyś ją kupił w telemarkecie, albo na allegro. O czym ty do mnie mówisz?
Arek sięgnął po butelkę, by nalać sobie kolejnego drinka. Złapałam go za rękę.
– Zostaw! Musisz do nich wrócić. Nie możesz zostawić ich w nowym, pustym mieszkaniu.
– Wiesz, chyba jestem szczęśliwy i… lekko przerażony.
– „Lekko” wyklucza „przerażony”. Szczęśliwy pewnie jesteś, bo zawsze gustowałeś w chorych sytuacjach. Ale tak naprawdę masz po prostu ciepło w gaciach.
– To profesjonalne wyrażenie? Osądzasz mnie, w ogóle nie skupiając się na moich uczuciach.
– Ustalmy jedno. Przyszedłeś do mnie jako psychiatry, czy jako przyjaciółki?
– Przecież wiesz.
– To nie wyjeżdżaj mi tu z osądzaniem. Jak patrzę na ciebie i cię słucham, to mam wrażenie, że siedzi przede mną nastolatek, który zostawił w domu swoją nastoletnią dziewczynę z dzidziusiem i lekko czuje się zagubiony w tej całej zabawie w dom.
– Nie czuje się zagubiony. Czuję się w końcu mężczyzną.
Ja chyba śnię.
– Powiedz coś! – Arek patrzył na mnie wyczekująco.
– Wybacz, ale forma twojego bycia mężczyzną wybiła mi wszystkie argumenty.
– Dlaczego nie możesz mnie po prostu wesprzeć?
– Bo nie zgadzam się z tym co zrobiłeś!
– Jesteś moją przyjaciółką!
– To nie znaczy, że mam z uśmiechem popierać każdą twoją durną życiową decyzję!
– Twoje wsparcie jest dla mnie bardzo ważne.
– Jeśli powiem, że cię wspieram, to osiągniesz spokój duchowy?
– Nie.
– Pieprzenie! To jest jakiś pusty słowotok! Ten bezjajec może cię nieźle zmasakrować!
– Bo jest większy?
– Bo może zostać doprowadzony do ostateczności. O ile już nie został.
– Jego się nie boję.
– Nie? To dlaczego się ukrywacie?
– Ida, nie mogliśmy inaczej postąpić!
– Powtarzasz się. Nie wiem czy w tym całym chaosie zdajesz sobie sprawę, że to nie jest twoja rodzina! I to nigdy tak naprawdę nie będzie twoja rodzina! Tak szczerze, o kogo w tej całej sytuacji najbardziej się martwisz?
– Nie o siebie! O Majkę. Boję się, że Kuba może jej coś zrobić.
– O Majkę? I to jest właśnie twoje myślenie. Może i męskie, ale na pewno nie ojcowskie! Ile ich synek ma lat?
– Prawie trzy. Ale tu nie chodzi o Szymka. Przecież mały zostanie przy matce.
– Obyś się nie mylił co do przytępionych jąder Kuby.
– Nie rozumiem o co ci chodzi.
– Widzę. I to jest najlepszy dowód na to, że do bycia mężczyzną jeszcze ci daleko. Czuć się a być, to cholernie duża różnica.
– Więc może mnie oświecisz!
– W czym mam cię oświecać? Można powiedzieć, że porwaliście facetowi dziecko! Przecież on doskonale wie, że Majka nie zabrała Szymka i nie wyprowadziła się do matki! Ja na waszym miejscu modliłabym się, żeby Kuba faktycznie nie miał jaj.
– Przecież Kuba nie skrzywdzi Szymka, więc o co ci chodzi?
– Arek, do kurwy nędzy! Ty oczywiście tego nie widzisz, że w tym całym cholernym burdelu, który żeście sobie zafundowali, tak naprawdę nie chodzi o was. Najbardziej może ucierpieć małe dziecko. Zastanów się, co łączy Majkę i Kubę i co zawsze ich będzie łączyć!
– Szymon, i co w związku z tym. Myślisz, że ja o tym nie wiem?
– Uważam, że nie myślisz racjonalnie…
– Tylko chujem. Wiem, że według ciebie zawsze myślałem tylko tym organem!
Wciągnęłam głęboko powietrze.
– Ok. Przepraszam, może zareagowałam zbyt emocjonalnie. Chociaż uważam, że myślisz tym organem. Uważam także, że za parę miesięcy, o ile nie tygodni, obecna kurtyna fascynacji całą tę filmową sytuacją opadnie i zderzenie z rodzinnymi realiami będzie bolesne.
– Przecież wiesz, że zawsze chciałem mieć rodzinę.
– To nie jest twoja rodzina. Pytanie, czy będziesz potrafił taką ją uczynić? Czy raczej, jak wszystko do tej pory, to także znudzi ci się tak szybko, że nie będzie ci się już chciało.
– Nie jestem już dzieckiem!
– Mam nadzieję, że sobie to udowodnisz.
– Wiesz, jaki powinien wisieć szyld nad twoim gabinetem „Psychologiczne batożenie” i pod spodem „Masochiści najmilej widziani”.
– Czyli byłby to idealny gabinet dla ciebie.
Oboje zaczęliśmy się śmiać, to rozładowało trochę atmosferę. Arek patrząc na mnie zmienił temat.
– Nic się nie zmieniłaś. Nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. Nadal jesteś szczupłą, złośliwą szprychą.
– Twoje oryginalne komplementy także się nie zmieniły. Chociaż nadal uważam, że najlepszy był ten z wyjazdu w Bieszczady, kiedy powiedziałeś, że „ze wszystkich bab jakie znasz jestem najlepsza, bo ze mną nie sypiasz”. Arek uważajcie na siebie. Nie rób więcej głupstw. I nie staraj się Szymkowi zastąpić ojca, chyba że Kuba na własne życzenie zniknie z jego życia. Bo w tym układzie zawsze będziesz na przegranej pozycji. Szymon nie będzie wiecznie dzieckiem. A swoją chcicę na koleżankę w tej całej sytuacji może sobie po prostu odpuść.
– Dobrze mamo.
Siedzieliśmy jeszcze jakiś czas i rozmawiali o zupełnie innych rzeczach niż rodzina.

*28*

Rano obudziłam się z jakimś dziwnym przekonaniem, że o czymś zapomniałam. Za nic nie mogłam sobie przypomnieć co to mogło być. Trudno, może oświeci mnie w chwili nagłego przebłysku i nie będzie wtedy jeszcze za późno. O godz. 14 byłam umówiona z Moniką, ciekawe co przygotowała na dziś.
Analizowałam wiele możliwości, ale takiego rozwoju wizyty się nie spodziewałam. Monika siedziała naprzeciwko mnie i od kiedy weszła, czyli od jakiś 15 minut, cały czas mówiła tylko o Rafale. Jaki on przystojny, wysoki, smukły, jakie ma piękne oczy w odcieniu głębokiego błękitu, jaki jest silny, opiekuńczy i w ogóle. A przecież jej nie zna i nie musiał mi wcale pomagać przy jej opatrywaniu…
– Może mu się spodobałam?
Chyba się lekko wyłączyłam bo to pytanie wyrwało mnie z letargu.
– Słucham?
– Uważa pani, że nie mogłabym mu się spodobać?
I kolejny atak.
– Nie, wcale tak nie uważam. Jesteś bardzo ładną dziewczyną. Może sytuacja, w której cię poznał była dość niecodzienna, ale przez to na pewno oryginalna…
– Czyli mu się spodobałam?
Patrzyłam na nią i jej wręcz dziecinne rozbudzenie i nie wiedziałam co jej odpowiedzieć.
– Nie wiem, nie czytam w ludzkich myślach.
– Nic nie mówił jak byłam nieprzytomna lub kiedy spałam?
Nie pamiętałam czy Rafał coś mówił, w ogóle tamto zdarzenie jawiło się w mojej głowie jakimś zupełnym chaosem. Nie mogłam się skoncentrować.
– A może pani go chce dla siebie? Coś was łączy? Przecież on jest taki młody!
Popatrzyłam na Monikę mrużąc oczy. Zorientowała się, że palnęła gafę.
– Przepraszam. Ale może mogłaby pani z nim porozmawiać. Zapytać czy mu się spodobałam, albo czy nie poszedłby ze mną na kawę?
– Moniko, chyba kiepska ze mnie swatka.
– Czuję, że on jest moim wymyślonym Tomkiem, tylko takim realnym.
– Czy możemy choć na chwilę zejść z tematu Rafała?
– Od kilku dni o niczym innym nie myślę, tylko o nim.
– Moniko, proszę spróbuj się skupić.
– Spróbuję.
– Twoja mama wróciła? Zauważyła nadgarstki? Powiedziałaś jej cokolwiek?
– Noszę bluzki z długimi rękawami i staram się ich nie podwijać, więc chyba nic nie zauważyła. Poza tym już się prawie zagoiło, a to wszystko dzięki temu, że opatrywał mnie Rafał.
Zaraz zwymiotuję.
– Czyli nic jej nie mówiłaś.
– Powiedziałam, że poznałam cudownego chłopaka, ale stwierdziła, że nie ma czasu o tym słuchać. Jej w ogóle nie interesuje moje życie.
– Ona w ogóle wie, że Tomek nie istnieje?
– A co ma do tego Tomek. Powiedziałam jej żeśmy się rozstali. A poza tym ona o nic mnie nie pyta. Tylko czy czegoś nie połknęłam. A ja tak bardzo chciałabym jej opowiedzieć o Rafale, jego oczach i pięknych dłoniach…
– Dłoniach?
– Nie zauważyła pani jakie ma piękne, smukłe palce. Jak pianista.
Smukłe palce bardziej kojarzyły mi się z ginekologiem, ale to chyba skrzywienie zawodowe.
Z tej wizyty dowiedziałam się tylko jednego – Monika jest pod bardzo silnym działaniem narkotyku o nazwie „Rafał”. Mam nadzieję, że ta fascynacja minie, bo nie chciałabym, żeby znowu zamknęła się przez niepowodzenie, tym razem z realnym mężczyzną. Ale dlaczego z góry zakładam, że to się nie uda. Może faktycznie mu się spodobała? Muszę z nim porozmawiać.

*29*

Kilkudniowa nieobecność Rafała zaczynała mnie coraz bardziej martwić. I nie chodziło o wizytę Moniki, ale o… nawet nie potrafiłam tego uczucia nazwać. Chyba w jakiś dziwny sposób przyzwyczaiłam się do jego nieoczekiwanych odwiedzin. Brakowało mi ich.
– Cholera! Może ja też się od niego uzależniłam? – powiedziałam na głos.
Może on faktycznie działa jak jakiś środek narkotyczny. Boże, zaczynam chyba tracić rozum. Ida, do cholery, zachowuj się jak stara baba, którą jesteś i po prostu do niego zadzwoń. Jest psychiatryczny termin, który określa wydawanie poleceń samemu sobie, ale spokojnie, będzie dobrze.
Sięgnęłam po komórkę. Kontakty – Rafał – wybierz. Poczułam jak pocą mi się dłonie i wysycha gardło. Ostatni raz czułam coś takiego, gdy w liceum postanowiłam zadzwonić do o dwa lata starszego chłopaka i zaprosić go do kina. Sygnał wybierania i głos Rafała…
– Wszystko w porządku?
– To ja się pytam, czy wszystko w porządku.
– Nie rozumiem.
– Nie wystajesz za moją tują, nie wnosisz mi do domu zakrwawionych kobiet… zaczęłam się martwić.
Cisza w słuchawce.
– Jesteś tam?!
– Jestem.
Mimo, że nic nie mówił, doskonale wiedziałam, że się uśmiecha.
– Miło, że ktoś się o mnie martwi. A tak szczerze to miło, że to właśnie ty się o mnie martwisz. Musiałem nagle wyjechać. Przepraszam, nie miałem głowy do tego, żeby cię o tym uprzedzić. Ale jutro wracam, więc może spotkamy się w piątkowy wieczór. Przyjdę zapowiedziany i z winem.
– W piątek? – analizowałam zapisany w moim mózgu kalendarz. – Tak koło 20, może być? Muszę z tobą o czymś porozmawiać.
– Będę o 20. Śpij spokojnie.
– Dobranoc.
Cała się trzęsłam.
– Uspokój się kobieto, w twoim wieku takie uniesienia mogą skutkować zawałem – i znów mówię sama do siebie. Jest coraz gorzej.
Piątek, to sześciu pacjentów. Po trzeciej wizycie wzięłam do ręki mój prywatny kalendarz. Od wielu lat prowadziłam czterokolorowe zapiski. Niebieski – to praca i wszystko co jest z nią związane, czarny – to niesłużbowe spotkania, które musiałam odbyć, mimo iż nie za bardzo mi to pasowało lub nie miałam na nie ochoty, czerwony – to spotkania z przyjaciółmi, kino, wypad do pabu, i takie tam. Przerzucając kartki stwierdziłam, że czerwonego w moim kalendarzu regularnie ubywa. I wreszcie kolor zielony, którego używałam do zapisywania rzeczy niecodziennych, niespodziewanych spotkań po latach, różnych różności, które urozmaicały moje życie. W tym momencie uświadomiłam sobie, że pierwszą wizytę Rafała w moim domu wpisałam właśnie kolorem zielonym, każdą następną także. Często zapisywałam w kalendarzu rzeczy, po tym jak się już wydarzyły.
Po pracy zrobiłam jakieś drobne zakupy i pojechałam do domu. Znów byłam zdenerwowana, jak wtedy kiedy czekałam na niego po raz pierwszy. Nie wiedziałam jak mu powiedzieć o Monice. O tym jak bardzo się jej spodobał. Popatrzyłam na stojak z winami. Jeden kieliszek chardonnay uspokoi moje nerwy. Otworzyłam butelkę i nalałam sobie lampkę. Trudno, człowiek z czegoś musi się w życiu leczyć. Ja pójdę na odwyk… alkoholowy – mam nadzieję. Jak przystało na potencjalną alkoholiczkę, gdy punktualnie o 20 zadzwonił dzwonek do drzwi, byłam już w trakcie trzeciego kieliszka.
– Jestem.
– Widzę.
– Zaczęłaś pić beze mnie? Na pewno wszystko w porządku?
– Wejdź.
– Przyniosłem wino, ale nie wiem czy to był dobry pomysł.
– Po prostu wejdź.
Rafał patrzył na mnie badawczo i wyczekująco. Postanowiłam nie zwlekać.
– Pamiętasz Monikę? Moją pacjentkę.
– Tą od histerycznych prób samobójczych?
– Może byś się z nią umówił? – Cholera, wiedziałam że to spieprzę! – Znaczy się… zauroczyłeś ją, nie może przestać o tobie myśleć, mówi o głębi twoich oczu, o twoich smukłych dłoniach i całej smukłej reszcie…
– Próbujesz mnie umówić z niedoszłą samobójczynią?
– Wiekowo idealnie do siebie pasujecie.
– Czy ty się słyszysz? Już rozumiem. Też musiałbym sobie golnąć przed wyskoczeniem do kogoś z tak durną propozycją. – Rafał mówił coraz głośniej, właściwie to zaczynał krzyczeć. – Zapraszasz mnie do siebie w piątek wieczór, żeby bawić się w alfonsa?
– A może po prostu w swatkę…
– Jesteś przemęczona, czy postradałaś zmysły? Czego ty do jasnej cholery nie rozumiesz?
Połowę trzeciego kieliszka wypiłam duszkiem, szybko przełknięte procenty dodały mi odwagi.
– Uspokój się, przecież nic takiego nie powiedziałam…
– Dzwonisz do mnie! Mówisz, że się martwisz! Zapraszasz na wieczór z winem! I wyjeżdżasz z czymś takim? Ja rozumiem, że wy kobiety nas nie rozumiecie, ale do cholery jesteś psychiatrą! Powinnaś wyłapywać pewne rzeczy! Chociaż niektóre!
– Nie rozumiem, co jest złego w tym, że spodobałeś się młodej dziewczynie?
Chyba nacisnęłam niewłaściwy przycisk. Rafał zaczął chodzić po salonie.
– Faktycznie niewiele rozumiesz, żeby nie powiedzieć, że nic. To na twoim zainteresowaniu mi zależy! To tobie chce się podobać, ty głupia kobieto! Bo już inaczej nie powiem!
I tu wracamy do punktu początkowego tej historii. Musiałam nad tą sytuacją jakoś zapanować. Musiałam zapanować nad sobą. Rozsiadłam się na mojej kanapie z rękami wyciągniętymi na oparciu i skrzyżowanymi nogami. To była moja stała pozycja zaczepno-obronna. Czułam się jak na meczu tenisa. Rafał odbijał się jak piłeczka od ściany do ściany. Już nie będę się powtarzać na temat macierzyńskiej mentalności innych kultur i takich tam. Ale nie mogłam pozbyć się myśli o dzielącej nas różnicy wieku. Nie znajdowałam nazwy na to co było między nami. O ile można mówić, że cokolwiek było.
– Usiądź na chwilę, bo zaraz zwymiotuję!
– Przestań mówić mi co mam robić, nie jesteś moją matką! Znów mnie analizujesz? Już tyle razy cię prosiłem, żebyś w domu wobec mnie przestała być psychiatrą.
– W jakim domu?
– I to podobno ja jestem niedojrzały!
Nienawidziłam gdy trzaskał drzwiami. W końcu błoga cisza. Zero rozwydrzonych i rozhisteryzowanych dwudziestoparolatków i ten procentowy szum w głowie. Zdejmuję ręce z oparcia kanapy i chowam twarz w dłoniach. Jestem zmęczona. Nie tak to miało wyglądać. Popatrzyłam na zegarek, wizyta Rafała nie trwała nawet 20 minut. Szybko załatwiłam sprawę. Za nic nie chciałam dopuścić do siebie tego, że mogę mu się podobać, a tym bardziej tego, że on coraz bardziej podobał się mnie. W mojej głowie dudniło, jakby ktoś wybijał to na werblach – dzieli was 13 lat, TRZYNAŚCIE LAT! Dla niektórych to pechowa cyfra.

*30*

Miałam wrażenie, że całą noc leżałam wpatrując się w sufit. Zasnęłam dopiero nad ranem. Po niecałych dwóch godzinach snu, obudziłam się. I znowu miałam to uczucie, że o czymś zapomniałam, ale cholera o czym? Przeturlałam się po łóżku do mojego kalendarza.
– O kurwa mać! Imieniny mamy. Zabije mnie.
Zawsze miałam problem z imieninami. Wyznawałam amerykańską zasadę – obchodzę urodziny a nie święto imienia tysiąca Karolin, Krzysztofów, czy King. Imieniny mojej mamy były w czwartek, kiedy to ten niepokój obudził mnie po raz pierwszy, jak mogłam wtedy nie zaglądnąć do kalendarza. Teraz będę musiała się kajać i wysłuchiwać jaka to jestem przepracowana i zmęczona, skoro zapominam o imieninach własnej matki. Wstałam zrobić sobie mocną kawę. Jak się ogarnę pojadę po prezent, nawet nie wiem co kupić, a potem do mamy. Tylko najpierw zadzwonię czy nie ma innych planów. To będzie ciężka rozmowa.
– Cześć mamo. Jesteś dziś po południu w domu? Nie masz żadnych planów?
– A dlaczego pytasz?
Typowa zadziorność mojej matki. No to zaczynamy.
– Chciałabym wpaść.
– A coś się stało? Ostatnio nie znajdujesz czasu na odwiedziny.
Tylko nie dać się sprowokować i wszystko będzie dobrze.
– Wiem, przepraszam. Ale dziś mam czas i chciałabym wpaść.
– Tylko wpaść? Nie możesz po prostu normalnie odwiedzić matki, a nie wpadać jak po ogień?
– Mamo, odpowiedz mi, będziecie?
– Nie wiem jakie Piotr ma plany, muszę spytać.
– To spytaj.
Chwila ciszy, po czym…
– O której zamierzasz wpaść?
– A o której wam pasuje?
Znów chwila ciszy…
– Może przyjedziesz na obiad?
– Chętnie. Tak o 14?
– To do zobaczenia.
– Pa, mamo.
Wdech i wydech, najtrudniejsze i tak dopiero przede mną.
Zakup prezentu imieninowego dla mojej mamy to ciężka sprawa. Czego bym nie kupiła będzie odebrane jako próba usprawiedliwienie własnej sklerozy, szczególnie jeśli wydam na ten prezent trochę więcej niż zwykle. Może w ramach zaskoczenia kupię jej skarpetki w pszczółki i ciepłe bambosze. Albo wibrator w ramach szoku. Ten prezent pewnie wywołałby burze. Piotr poczułby się urażony i mogłaby spaść jego aktywność seksualna, lub wręcz przeciwnie – wzrosnąć. Jednak ta forma prezentu pociąga za sobą zbyt wiele niewiadomych, aby ryzykować. Wprawdzie kilka lat temu gdy przechadzałyśmy się z mamą po różowej uliczce w Amsterdamie, bardzo spodobała się jej na jednej z wystaw fioletowa „komórka”. Oczywiście nie był to telefon, co jej niezwłocznie uświadomiłam, tylko fioletowe urządzenie do dawania rozkoszy z programatorem urozmaicającym czerpane z niego przyjemności. Jednak obecnie, gdy moja mama posiadała stałego partnera, fioletowa „komórka” wydawała się zbędnym prezentem. Obchodząc kolejne butiki traciłam nadzieję. Usiłowałam sobie przypomnieć, czy ostatnio coś przypadkiem nie zepsuło się mojej mamie w domu, co byłoby jej bardzo potrzebne, tak zwany praktyczny prezent, ale faktycznie ostatnio rzadko ją odwiedzałam. Poza tym Piotr dbał o bieżące naprawy. Weszłam do księgarni i na półce na wprost zobaczyłam coś, co miało na sobie wielki, czerwony neon: „PREZENT DLA KINGI ZENEWICZ”. Dobrze, że mam uszy bo inaczej mój uśmiech owinąłby się dookoła głowy. Na półce z filmami stało pudełko dvd, film z jej ukochaną Barbrą Streisand „Narodziny gwiazdy”. Mogłam mieć tylko cichą nadzieję, że Piotr zapomniał, że ona szuka tego filmu i jej go nie kupił. Chwyciłam pudełeczko i pognałam do kasy. Gdy już wychodziłam z centrum handlowego, na wystawie sklepu z bielizną zobaczyłam cudowne, zielone skarpetki antypoślizgowe w żaby, więc kupiłam je dla rozładowania napięcia rodzinnego. Popatrzyłam na zegarek była 13.40.

*31*

Biorąc pod uwagę weekendowe korki pod domem mojej mamy zaparkowałam 15 minut po 14. Otworzyła mi drzwi zanim zdążyłam zadzwonić.
– Kwadrans studencki?
– Wliczony w miejskie korki. Cześć mamo. Wszystkiego najlepszego z okazji imienin. Spóźnione, ale wiesz, że szczere.
Stojąc w przedpokoju mocno ją uścisnęłam a ona odwzajemniła ten uścisk.
– To dla ciebie – wyciągnęłam w jej stronę prezent.
– Nie trzeba było.
– Proszę rozpakuj.
– Najpierw zjemy obiad, póki wszystko jest ciepłe.
– Proszę.
Pierwszym co moja mama wyciągnęła z ozdobnej torby były oczywiście żabie skarpetki. Popatrzyła na mnie z pewną dozą zdziwienia.
– Nie jestem już na nie za stara?
– Możesz w nich chociażby tańczyć wieczorem w domu. Nadal robisz to w ramach ćwiczeń?
– Czasami.
– Te skarpetki mają ABS więc nie będziesz się ślizgać po podłodze.
– Dziękuję kochanie. Chodź, zjemy w końcu obiad.
– Ale tam jest coś jeszcze.
Sięgnęła po raz drugi. Gdy tylko przeczytała tytuł filmu, wiedziałam, że Piotr nie zdążył przede mną jej go kupić. Spojrzała na mnie. Jej buzia była cała rozpromieniona a oczy aż błyszczały. Uwielbiałam ten wyraz jej twarzy a dawno go już nie widziałam.
– Jak go zdobyłaś?
– Kupiłam. Na odwrocie jest napisane, że to pierwszy film z serii „Wielkie role Barbry Streisand”, jak chcesz będę tego pilnować i kupować ci kolejne.
– Sprawiłaś mi straszną frajdę tym filmem. Skarpetki też są… ciekawe.
– Idziecie na ten obiad, czy mam go grzać od nowa? – Piotr krzyczał do nas z kuchni.
– Już idziemy.
Piotr to chłopak mojej mamy z czasów szkoły średniej. Piotrek często „żartował”, że mój ojciec mu ją odebrał. Drogi mojej mamy i Piotra rozeszły się na wiele lat. Odnowili kontakt przez portal społecznościowy – „Dzięki ci panie za Internet”. Moi rodzice się rozwiedli, żona Piotra niestety zmarła i tak od zdarzenia do zdarzenia, po ponad trzydziestu latach spotkali się znowu. Stara miłość nie rdzewieje? Trochę jednak rdzewieje, zawiasy zaczynają skrzypieć, ogień spontaniczności przygasa. Ale znów zaczęli się spotykać. I mimo, że według mnie ich związek jest pozbawiony szaleńczej spontaniczności, są ze sobą od kilku lat i chyba jest im dobrze. Już dawno nie rozmawiałam z mamą o ich sytuacji partnerskiej. Kiedyś narzekała, że Piotr jest mało romantyczny, ale chyba się z tym w końcu pogodziła.
– Witaj Piotrze.
– Cześć młodzieży. Siadajcie w końcu do tego obiadu bo się zdenerwuję.
– O twoja słynna wołowina w sosie myśliwskim. Mniam.
Obiad zjedliśmy w prawie zupełnej ciszy. Po posiłku Piotr zapytał czy chcę kawę czy herbatę.
– Ja sobie zrobię coś do picia.
– Ja ci zrobię. To co?
– Kawę z mlekiem.
– To co się takiego dzieje w twoim życiu, że zapomniałaś o moich imieninach?
A ja naiwna myślałam, że jednak się uda. Człowiek głupi się rodzi i głupi umiera, a naiwność skraca drogę do trumny.
– Przepraszam…
– Nie przepraszaj, tylko w końcu mi powiedz prawdę. Co się dzieje i skąd krew na twoim dywanie.
Moja mama była jak słoń – nie zapominała i nie pozwalała zapomnieć.
– Jaką krew? – Piotr zainteresował się tematem.
– Nie pamiętasz? Przecież ci mówiłam, że jak byłam ostatnio u niej, to na dywanie w salonie były ślady krwi.
– A faktycznie coś mówiłaś? Może się po prostu zraniła.
– I nie wyczyściła dywanu?
– Krew nie jest tak łatwo sprać.
– Kochani, wchodzimy w jakieś Hichcokowskie klimaty.
– W twoim życiu pojawił się jakiś mężczyzna i to nie jest Krzysztof. Mam rację?
– Tak mamo, a to była jego krew, bo tak mnie wkurzył, że rzuciłam w niego nożem kuchennym i trafiłam.
– Proszę, nabijaj się ze starej matki. Nie śpię całymi nocami, martwię się, nie wiem co się u ciebie dzieje. A ty zamiast mnie uspokoić, denerwujesz jeszcze bardziej.
– Oj, nie kłam, że nie sypiasz. Chrapie jak niedźwiedź, musiałem sobie kupić stopery.
Prawie każda wizyta u mojej mamy wyglądała podobnie, jedzenie, przekomarzanie się, czasami urastające do rozmiarów kłótni, łagodzenie, jedzenie, pożegnanie i powrót do ciszy, która nie zadaje pytań. W przypadku mojej mamy była jeszcze ta trudność, że można jej było sprawić przykrość czymś, co inne osoby śmieszyło. Niewinne żarty odbierała jako bezpodstawny atak na jej osobę. Dodatkowo maiła dar słyszenia tego co chciała usłyszeć, a niekoniecznie tego co faktycznie zostało powiedziane. Stąd komentarz do wypowiedzi Piotra:
– Chrapie, jestem gruba, bezwstydna, jaka jeszcze? Po co w ogóle ze mną siedzisz? Zmień sobie na młodszą, szczupłą i niechrapiącą. Może w końcu będziesz szczęśliwy!
W takich sytuacjach patrzyliśmy z Piotrem na siebie wzdychając i próbowali zmienić temat. Reszta obiadu minęła w, powiedzmy, strawnej atmosferze. Wszyscy, o dziwo, włączając w to moją mamę, próbowaliśmy nie poruszać drażliwych tematów.
Do domu wróciłam około godziny 18. Usiadłam na kanapie, wyciągnęłam z torebki telefon, chyba z zamiarem zadzwonienia do Rafała i przeproszenia go, ale zabrakło mi odwagi. Czułam się winna czegoś czego nie potrafiłam określić.
Nagle poczułam się okropnie zmęczona.Dzwonek do drzwi.Nacisnęłam na klamkę. Patrzyłam na przystojniaka stojącego przede mną i czułam, że nie za bardzo ogarniam zaistniałą sytuację.

*32*

Staliśmy naprzeciwko siebie. Wyglądało to tak, jakby żadne z nas nie chciało zacząć. Był bardzo smutny i poważny, co jeszcze bardziej wpędzało mnie w poczucie winy za mój głupi wyskok.
– Wejdziesz?
– Nie. – Takiej odpowiedzi się nie spodziewałam. – Przyniosłem ci listy mojej matki. Chyba powinnaś je przeczytać.
Wyciągnął w moją stronę stosik związanych szarą wstążką listów.
– Rafał chciałam cię przeprosić za…
– Przeczytaj je, to może coś zrozumiesz. Są ułożone chronologicznie. Na razie.
Po prostu odwrócił się i odszedł. Stałam w otwartych drzwiach i patrzyłam jak się oddala. Popatrzyłam na kopertę na górze stosiku… nagle rozdzwoniła się moja komórka. Idąc po nią miałam wrażenie jakby dzwoniła z jakąś wyjątkową zaciętością. Jej dźwięk budził mój niepokój. Nie miałam zapisanego numeru, który się wyświetlał, ale wiedziałam, że go znam.
– Słucham.
W słuchawce usłyszałam coś, co było chyba rodzajem panicznego sapania.
– Przepraszam, nie chciałam tego, samo tak wyszło. Niepotrzebnie powiedziałam gdzie pani mieszka. Jest wściekła! Jeszcze gotowa jest pani coś zrobić! Biegnę do pani, za niedługo powinnam być. Naprawdę przepraszam!
– Moniko uspokój się! O co chodzi?
Dzwonek do drzwi i łomotanie pięściami. Już wiedziałam. Cholera będę musiała się przeprowadzić.
Przed moimi drzwiami stała pani Jadwiga Kalewska. Jej włosy były rozwiane, oddech szybki i ciężki, a twarz miała kolor dzikiej czerwieni. Wyglądała jakby chciała rzucić mi się do gardła. Dobrze, że była taka niska, bo żeby dopaść mojego podgardla musiałaby podskoczyć, a żywiłam szczerą nadzieję, że na to jest już zbyt zmęczona.
– Za kogo się pani do cholery uważa?!
– Skoro pani już tu jest, może wejdzie pani do środka?
– A co, wstydzi się pani scen przed sąsiadami?!
Jej głos w przypływie adrenaliny był niższy niż zwykle. Może to nietypowe, ale w myślach dziękowałam bogu za tą anomalię.
– Może jednak pani wejdzie. Nie zamierzam rozmawiać z panią na progu.
Pani Jadwiga przeszła obok, uderzając mnie ramieniem. Zamknęłam oczy i wciągnęłam głęboko powietrze. Tylko nie dać się sprowokować a jakoś to będzie. Odwróciłam się od drzwi. „Mój gość” siedział rozparty w fotelu.
– To co pani sobą prezentuje to szczyt chamstwa i zupełny brak profesjonalizmu! Jakim prawem ukryła pani przede mną kolejną próbę samobójczą mojej córki?! Jakim prawem zarzuca mi pani kłamstwo?! Jakim prawem wydaje się pani, że o moim życiu wie więcej niż ja sama?! Jakim prawem powiedziała pani mojej córce, że jej ojciec na pewno mnie nie zgwałcił?! Jakim prawem nazywa pani siebie dyplomowanym psychiatrą?! Jest pani zgorzkniałą, niespełnioną w życiu kobietą, której się wydaje, że pozjadała wszystkie rozumy i może osądzać innych!…
Gorzkie żale pani Jadwigi przerwało kolejne walenie pięściami w moje drzwi.
– Pani Ido to ja! Proszę mnie wpuścić!
W krzyku Moniki wyraźnie słychać było przerażenie.
– Co ona tu robi?! – a w głosie panie Jadwigi oburzenie.
Nie ruszając się z miejsca krzyknęłam…
– Wejdź! Otwarte – mało profesjonalne, ale co tam.
Monika wpadła do środka jakby się paliło.
– Mamo! Nie możesz tak się zachowywać! To moje życie! Nie jestem twoją marionetką!
Monika wyglądała na szczerze przerażoną tym, że mówi do matki takie rzeczy.
– Zamilcz i wracaj do domu! My porozmawiamy ze sobą potem. Najpierw wyjaśnię sobie wszystko z twoją panią… doktor – gdybym była wrażliwa, sarkazm w głosie pani Jadwigi na pewno by mnie uraził.
– Nigdzie się nie ruszę!
Patrzyłam na nie i przez chwilę czułam się jak bierny widz tego przedstawienia.
– A pani chamstwo jest tak wysoko rozwinięte, że nawet się pani nie odezwie?!
A tak było miło w bierności.
– Nie tak wyobrażałam sobie waszą rodzinną terapię. A już na pewno nie wyobrażałam jej sobie w weekend, we własnym domu. Ale skoro już obie panie tu jesteście to wykorzystajmy to. Albo chociaż spróbujmy to wykorzystać. Proponuje zacząć od melisy z miętą. To nam wszystkim dobrze zrobi.
Ruszyłam w kierunku kuchni.
– A więc jest jeszcze pani zielarką? Jeśli równie dobrą jak psychiatrą, to ja z góry dziękuję za pani wywary.
Wdech, wydech. Będzie dobrze.
– Pani Jadwigo, a może życzy sobie pani, żeby przy tej rozmowie był również pani psychiatra? Mogę spróbować zadzwonić do doktora Milewskiego i spytać czy mógłby przyjechać.
– Skąd pani wie, kto jest moim psychiatrą?
– Mówiłam ci, że ona wie o wiele więcej niż nam się wydaje – Monika dolała oliwy do ognia.
– Nie kochanie, to pani doktor się wydaje, że wie wszystko.
Zaparzyłam w dzbanku melisę z miętą i wróciłam do salonu. Rozłożyłam na stoliku trzy filiżanki, usiadłam na fotelu i zaryzykowałam.
– Wróćmy więc do podstaw prawnych moich działań, których domagała się pani na samym początku.
– I jeszcze do tego wszystkiego jest pani bezczelna i zarozumiała.
– Mamo!
– Ty się nie odzywaj!
– Czy jest pani tu tylko po to, żeby mnie obrażać? Czy może spróbuje pani jednak pomóc swojej córce?
– Mojej córce nie trzeba było pomagać, dopóki nie pojawiła się w jej życiu pani!
– To nieprawda! I ty doskonale o tym wiesz! – Monika próbowała przekrzyczeć swoją matkę.
– To zwykła karierowiczka, która wykorzystuje naiwność ludzi biorąc od nich pieniądze.
Miałam wrażenie, że każda jej kolejna zaczepka umacnia moje opanowanie i że nie uda się jej wyprowadzić mnie z równowagi.
– A jeszcze do tego wszystkiego odbiła ci chłopaka!
A jednak się myliłam! Jakże szybko życie weryfikuje nasze przekonania. Przez moment zastanawiałam się, czy aby na pewno dobrze usłyszałam. Popatrzyłam na Monikę, to wystarczyło. Jej mina wskazywała jednoznacznie, że nie miałam problemów ze słuchem. Właściwie teraz powinna zapanować cisza, ale niestety nie w przypadku pani Jadwigi.
– To już jest szczyt obłudy! Zamierzam to gdzieś zgłosić i mam nadzieję, że odpowiednie komisje lekarskie, czy co tam innego, odbiorą pani prawo do wykonywania zawodu. I tak mianowanie się psychiatrą w pani przypadku to tytuł stanowczo na wyrost. Rozumiem wiele rzeczy, ale terapię polegającą na negowaniu autorytetu rodzica?! Od razu widać, że nie ma pani własnych dzieci i gówno pani wie o byciu matką! Ale tak najprościej udzielać rad! Takie puste pieprzenie robi więcej złego niż dobrego, ale pani to ma głęboko w dupie! W końcu to nie pani życie!
Nie będzie łatwo jej przerwać. Popatrzyłam na Monikę. Przybrała swoją tradycyjną pozycję. Siedziała ze spuszczoną głową i wzrokiem wbitym w podłogę. A pani Jadwiga jak maszyna wyrzucała z siebie kolejne epitety. Czułam się jak tarcza, które dzielnie przyjmuje wszystkie uderzenia.
– Co z pani za lekarz, skoro nie potrafi pani nawet opatrzyć osoby, która próbowała podciąć sobie żyły?! Wyręcza się pani chłopakiem biednej desperatki. A potem robi wszystko, żeby go poderwać i zniechęcić do mojej córki…
– Koniec! – musiałam to powiedzieć naprawdę głośno, bo zadziałało. Matka Moniki przestała mówić a sama Monika podniosła głowę i popatrzyła na mnie, po czym szybko odwróciła wzrok. – Jeśli pani pozwoli, spróbuję jednak coś powiedzieć, mimo swej niekompetencji.
Od razu ostrzegam, że niestety trudno będzie mi się wyzbyć sarkastycznych wstawek, co właśnie o owej niekompetencji może świadczyć. Myślę, że czas monologu właśnie się skończył. Spróbujmy porozmawiać.
– Będzie pani próbowała się wybielić, mydląc nam oczy jakimiś psychologicznymi pierdołami?
– Nie. Będę próbowała oddzielić fikcję od prawdy – mówiąc to patrzyłam prosto na Monikę.
– Czyli jeszcze zarzuca pani mojej córce kłamstwo?! To już szczyt wszystkiego!
– Moniko, czy zarzucam ci kłamstwo?
– Pani chyba żartuje?! – głos pani Jadwigi robił się coraz mniej przyjemny.
– Moniko!
– Nie odpowiadaj kochanie! Nie daj sobą manipulować!
– Ale to ty całe życie mną manipulujesz – Monika powiedziała to prawie bezgłośnie. Była przerażona.
– Co ty powiedziałaś?!
– Że to ty mną manipulujesz.
– Tego też nauczyła cię pani doktor?
– Pani doktor sprawiła, że w końcu mam ci to odwagę powiedzieć.
Głos Moniki był ledwo słyszalny. Wiedziałam jak wiele ją to kosztuje.
– Monia, co ty dziecko wygadujesz?!
Teraz zapadła cisza.

*33*

Monika popatrzyła na mnie z paniką w oczach. Zabrakło jej odwagi i potrzebowała pomocy. Problem polegał tylko na tym, że nie wiedziałam od czego ona chce zacząć. Patrzyłam jak zaczyna biegać wzrokiem po całym salonie, jakby szukała koła ratunkowego. Nie chciałam narzucać jej własnego toku myślenia, ale wiedziałam, że muszę jej pomóc. W pewnym sensie problem rozwiązała pani Jadwiga zwracając się do mnie.
– Może łaskawie wyjaśni mi pani rany na nadgarstkach mojej córki.
To nie jest dobry początek, ale trudno.
– Ma pani rację, nie miałam prawa nie powiadamiać pani o tym zajściu.
– Kolejną próbę samobójczą mojej córki nazywa pani zajściem?
– Monika nie próbowała się zabić. To był rodzaj histerycznego wołania o zainteresowanie, głównie pani, ale akuratnie w tym dniu trafiło na mnie. Monika nie podcięła sobie żył, na szczęście, tylko teatralnie się pokaleczyła.
– Co pani pieprzy?!
– Usiłuję pani wytłumaczyć, że pani córka rozpaczliwie pragnie zwrócić na siebie pani uwagę. Tęskni za matką. Nie zadzwoniłam do pani po tym zdarzeniu na prośbę Moniki. To był błąd i jeszcze raz za niego przepraszam. Jednak jestem przekonana, że to właśnie sama Monika, podczas waszej kolejnej kłótni, pokazała pani swoje nadgarstki. A gest ten miał służyć wzmocnieniu dramatyzmu sytuacji.
– Że co?
Wyraz twarzy pani Jadwigi niestety nie napawał mnie nadzieję, że ona szybko to zrozumie.
– Moniko – zwróciłam się do mojej milczącej jak grób pacjentki – może chcesz coś powiedzieć.
Przez moment Monika otwierała usta jak ryba, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk.
– Przepraszam mamo. Tak naprawdę zabić chciałam się tylko raz, gdy połknęłam twoje valium. Ja nie chcę umrzeć, ale żeby żyć potrzebuję twojej akceptacji i miłości.
– Że ja cię niby nie kocham. To jakaś paranoja! Wmówiła pani mojej córce, że jej nie kocham?!
– Mamo! To ja tak czuję!
– Ale to nieprawda i to nie jest mój problem.
– Właśnie, że jest. To jest wasz wspólny problem i musicie go rozwiązać. A jedynym sposobem na jego rozwiązanie jest szczera rozmowa.
– Szczera rozmowa? Pani śmie mówić o szczerej rozmowie?! Po tym jak stosując te szczere rozmowy odbiła pani mojej córce chłopaka?!
Nie sądziłam, że moje płuca mają taką pojemność. Wszystko w rękach Moniki, bo moja wypowiedź w tym temacie nie miała najmniejszych szans na powodzenie. Ale Monika milczała.
– Nie ma pani nic do powiedzenia, czyli nie ma pani nic na swoją obronę?
– Mamo, to nie tak.
– Nie tak, to znaczy jak? Przecież sama to powiedziałaś. Powiedziałaś, że pani doktor odradza ci związek z, jak mu tam, Rafałem, bo chyba też jej się podoba i jest o niego zazdrosna.
Monika z przerażeniem popatrzyła w moją stronę. Ze zdenerwowania miała łzy w oczach. Uśmiechnęłam się do niej i zrobiłam gest, żeby mówiła dalej.
– Mamo, Rafała poznałam u pani Idy, w dniu kiedy przed jej drzwiami… poraniłam się żyletką. Oboje mnie opatrzyli i czuwali przy mnie aż do rana. To znajomy pani doktor nie mój.
– Ale mówiłaś…
– Kłamałam!
Przyznanie się do kłamstwa w przypadku Moniki było wielkim krokiem w przód. Byłam z niej bardzo dumna. Zupełnie zniknęła gdzieś blond Moniczka z pierwszej wizyty w moim gabinecie. Miałam tylko nadzieję, że ten podlotek od, jak to było – estetyki modelingu, już nie wróci. Niestety pani Jadwiga nie dawała za wygraną.
– Jak to kłamałaś?! Nie uczyłam cię kłamać! To wszystko przez te wizyty pseudo-lekarskie. Czy jeszcze kiedyś mnie okłamałaś?!
– A ty mnie? Nie uczyłaś mnie kłamać? Czasami mam wrażenie, że całe twoje życie, to jedno wielkie kłamstwo! Powiedz mi prawdę, czy jestem owocem gwałtu?
– Jak ty się do mnie odzywasz?! Może pani doktor ci odpowie, ona wszystko wie lepiej.
Obserwowałam Monikę. Zaczęła wyłamywać palce u rąk i wkręcać stopy w mój dywan.
– Chcę to usłyszeć od ciebie. Czy jestem owocem gwałtu?
– To jakaś farsa!
– Mamo do cholery! Powiedz mi prawdę!
To był krzyk kruszący skały. Jadwiga wyraźnie zaskoczona wybuchem córki w końcu zamilkła. Nastała cisza.
– Muszę to wiedzieć. Jeśli to prawda, może wtedy zrozumiałabym dlaczego mnie nie kochasz. Dlaczego jestem dla ciebie takim ciężarem.
– Co? Tych bzdur do głowy także nakładła ci pani doktor?
– Czy mój ojciec cię zgwałcił?! Powiedz, że to prawda! Wtedy w końcu zrozumiem, przecież nie można kochać czegoś co zrodziło się z gwałtu! Powiedz, że to prawda!
– Nie! – chwila ciszy – Kochałam twojego ojca nad życie! Gdy powiedziałam mu, że jestem w ciąży wpadł w taką furię, że myślałam, że mnie zabije! Wylądowałam w szpitalu a on zniknął! Według lekarzy powinnam poronić, ale ty trzymałaś się życia jak rzep. Obwiniałam cię o jego odejście! Był całym moim światem. Nigdy wcześniej mnie nie uderzył.
– Za to do mnie od razu zaczął się dobierać!
– Co ty wygadujesz? Przecież nigdy go nie poznałaś.
– Pomyśl mamo!
Jadwiga popatrzyła na mnie.
– To przez panią!
Oczywiście, wszystko jest przeze mnie.
– Miałam 18 lat jak spotkałam się z ojcem.
– Jak to spotkałaś? Nie rozumiem?
Monika wciągnęła głęboko powietrze. Miałam wrażenie, że ta krótka chwila trwa już całą wieczność. Chyba wszystkie odczuwałyśmy to podobnie.

*34*

Ciszę przerwał piskliwy głos pani Jadwigi.
– Jak to spotkałaś? Nie rozumiem? Nie mogłaś się z nim spotkać. Jak go znalazłaś?
– Poszłam po odpis mojego aktu urodzenia. Bo na tym, który znalazłam w domu dokładnie zamazałaś jego dane.
Jadwiga patrzyła na córkę z niedowierzaniem. Monika mówiła dalej.
– Znalazłam go. Przez kilka dni go obserwowałam. Chodziłam za nim. Aż w końcu odważyłam się podejść. Uważałam, że mimo iż był już starszym mężczyzną, był bardzo przystojny. Na początku był miły. Podałam się za ankieterkę koncernu tytoniowego. Zaproponował mi papierosa. Gdy usiedliśmy na ławce w parku zaczął… mnie obmacywać…
– Kłamiesz! Nie wierzę w ani jedno słowo!
Popatrzyłam na Monikę. Jeśli da się wybić matce z tego transu, to znowu skończy się na niczym. Jednak Monika zamknęła oczy i mówiła dalej.
– Gdy powiedziałam mu, że jestem twoją córką, a także jego, stwierdził, że to kłamstwo i nazwał cię dziwką. Nie wiem dlaczego, ale spotkałam się z nim jeszcze raz. Zaproponował mi sex, a gdy powtórzyłam, że przecież jestem jego córką, uderzył mnie w twarz. To było najbardziej bolesne uderzenie w moim życiu, nie tylko fizycznie. Wtedy pomyślałam, że mnie nie kochasz bo ci go przypominam. Niedawno wykrzyczałaś, że jestem owocem gwałtu. Uwierzyłam. Pomyślałam, że człowiek, którego poznałam, a który miał być moim ojcem, mógłby to zrobić. A ty mówisz, że go kochałaś?! Nie rozumiem! Jak mogłaś kochać kogoś takiego?!
Monika zamilkła, milczała także pani Jadwiga, w jej oczach zebrały się łzy. Zrobiło się bardzo cicho. Przypomniałam sobie, jak w szpitalu, gdy przyjechałam do Moniki po jej eksperymencie z lekami, pani Jadwiga powiedziała, że ojciec Moniki był złym człowiekiem, więc córka po nim odziedziczyła złe geny. Zastanawiałam się jak daleko mama Moniki zabrnęła we własnych kłamstwach.
– Kochałam twojego ojca. Byłam bardzo młoda, gdy go poznałam. Był starszy ode mnie o 10 lat. Gdy zorientowałam się, że jestem w ciąży, wydawało mi się, że to najszczęśliwszy dzień w moim życiu, że gdy mu o tym powiem, będzie taki szczęśliwy jak ja. Byłam przekonana, że gdy usłyszy, że jestem w ciąży zostawi żonę i będzie już tylko z nami. Nie wiem co w niego wstąpiło. Gdy usłyszał, że spodziewam się jego dziecka, wpadł w jakiś niekontrolowany szał. Zaczął mnie bić, kopać, straciłam przytomność. Po trzech dniach obudziłam się w szpitalu. Podobno sąsiedzi powiadomili pogotowie. Wszystko mnie bolało. Cały czas płakałam, ale nie z bólu, nie rozumiałam co się stało. Gdy lekarze powiedzieli, że nie poroniłam i że to cud, byłam wściekła. Pomyślałam, że gdybym jednak straciła dziecko, to Artur by do mnie wrócił. Nie wiedziałam co się z nim stało. Nigdy więcej się nie odezwał, nie pojawił. Obwiniałam cię za jego odejście.
Monika patrzyła na matkę z pewnym niedowierzaniem, jednak ja byłam przekonana, że tym razem pani Jadwiga mówi prawdę.
– Dlaczego nigdy wcześniej mi tego nie powiedziałaś?
– A co miałam ci powiedzieć, że jesteś dzieckiem człowieka, który o mało co nas obu nie zabił? Obwiniałam cię za ten jego atak agresji. Przez te wszystkie lata wmówiłam sobie, że to przez ciebie tak się zachował, przez to że byłam z tobą w ciąży. Przepraszam.
– Skoro nie chciałaś, żebym go poznała, to dlaczego wpisałaś go do mojego aktu urodzenia?
– Bo jesteś jego córką i nic tego nie zmieni. Zamazałam jego nazwisko, bo przestraszyłam się, że jak dorośniesz możesz zacząć go szukać.
– Dlaczego nie zniszczyłaś tego dokumentu?
– Nie wiem. I tak poszłaś do urzędu.
– Czy to prawda, że on nie żyje?
– Tak. Zmarł trzy lata temu.
– Skąd o tym wiesz?
– Przez przypadek natrafiłam na jego nekrolog. Gdy przeczytałam, że Artur Borowski zmarł, wszystko wróciło, zrobiło mi się słabo…
Na dźwięk tego nazwiska mi także zrobiło się słabo. Przestałam słuchać pani Jadwigi. Przed oczami zrobiło mi się ciemno, nie wiedziałam co się dzieje. Nie mogłam oddychać. Nazwisko Borowski dudniło w mojej głowie. To nie może być zbieg okoliczności. Nagle zbyt wiele elementów zaczęło do siebie pasować i jak puzzle układały się w moim mózgu. Poczułam jakbym przeniosła się w czasie. Wszystko wirowało. Borowski, Borowski, Artur Borowski. Monika nosiła nazwisko panieńskie swojej matki, dlatego nie skojarzyłam wcześniej. Z tego amoku wyrwał mnie kobiecy głos.
– Pani Ido! Co się stało? Źle się pani czuje? Zbladła pani. Wszystko w porządku?
Znowu byłam w swoim salonie. Monika i pani Jadwiga pochylały się nade mną.
– Przyniosę wody.
Monika wstała i ruszyła do kuchni. Po chwili podała mi szklankę wody.
– Przepraszam. Już mi lepiej.
Wcale nie było mi lepiej. Miałam wrażenie, że serce wyskoczy mi zaraz z piersi. Miałam ochotę krzyczeć, albo wstać i wyjść żeby się przewietrzyć. Potrzebowałam tlenu. Muszę się uspokoić i opanować. Muszę to wszystko sprawdzić, zanim postanowię się tym z kimkolwiek podzielić. Muszę mieć pewność, że wszystkie układane teraz przeze mnie elementy są prawdziwe i da się z nich ułożyć jedną, sensowną całość. Jeśli mój tok myślenia jest właściwy i to nie jest zbieg okoliczności, jeśli nikt tu nie kłamie, i jeśli mówimy oraz myślimy o tym samym Arturze Borowskim, to ojciec Moniki był mężem Teresy Borowskiej. A skoro tak, to Monika jest przyrodnią siostrą…Rafała.