Żoną być!

„Świat się kończy” – tak moje zamążpójście skomentował znajomy. Ja bardziej to odczuwam, że się dopiero zaczyna 😉 A co się będzie działo? Aż strach pomyśleć 😀

Nie mogę powiedzieć, że dzień mojego ślubu był taki, jak go sobie wymarzyłam, ponieważ nigdy nie wyobrażałam sobie, jak będzie wyglądał mój ślub. Nie miałam w głowie (podobno zdarza się to już od okresu bycia nastolatką) wizji mojej przyszłej sukni ślubnej, planu sali weselnej, wizji stada białych gołębi, które przez przypadek obsrały połowę gości, wizualizacji idealnego męża idt. Będąc na ślubach moich znajomych, nigdy nie pomyślałam, że też bym tak chciała. Ale gdy już jestem po, mogę powiedzieć, że był to cudny dzień, i gdybym go sobie kiedyś miała wymarzyć – to właśnie tak powinien wyglądać.

Branie ślubu w dobie pandemii to też żadne aj waj. Czeka się tylko w napięciu dwa tygodnie po imprezie i jeśli przez ten czas nikt nie zgłosi się, że ma COVID – wesele uznaje się za udane 😉

Jednak w moim przypadku epidemia to tylko jeden element całej układanki. Tydzień przed ślubem mój przyszły mąż złamał sobie kość śródręcza. Zrobił to tak spektakularnie, że wylądował na trzy dni w szpitalu i na stole operacyjnym. Zderzenie z rzeczywistością polskiej służby zdrowia w dobie pandemii, kosztowało jego i mnie wiele nerwów. W międzyczasie mój tato miał duży problem z kolanami, a moja mama nabawiła się zapalenia stawu biodrowego i pod znakiem zapytania stanęła kwestia ich nożnego udziału w moim ślubie. Gdy wszystko zaczęło się normować – spuchnięte palce prawej dłoni mojego narzeczonego po operacji zaczęły wracać do normy, co dawało światło nadziei na to, że zaślubię go po naszemu, a nie po amerykańsku, moi rodzice poczuli się lepiej i wydawało się, że wszystko zmierza ku happy endowi, władze mojego miasta postanowiły zorganizować wyścig kolarski i na weekend zamknąć prawie całe miasto. Kiedy przeczytałam listę wyłączonych z ruchu ulic, z mych ust popłynęły kaskady łaciny. Dwa dni zastanawiałam się nad trasami alternatywnymi dla niektórych gości. Ale ostatecznie wszystko się udało, wszyscy dotarli i w obecności najbliższych powiedzieliśmy sobie TAK 🙂

Tak oto zostałam żoną – powiedzmy, że młodą 😉 Tłumaczę sobie, że może dzięki temu, że tyle na to czekałam, jest to w pełni świadoma i dorosła decyzja. Na razie mam w domu męża w okresie rehabilitacji i wyrośniętego szczeniaka, którzy uczą mnie cierpliwości. Gorsze momenty jest łatwo znieść dzięki uczuciom, którymi ich darzę.

Wśród złożonych nam życzeń usłyszałam, że „…lepiej to już było, teraz to już będzie różnie…” – tak sobie myślę, że jeśli ma być tak jak przez ostatnie dwa lata, to ja to biorę z zamkniętymi oczami 🙂 Może przyjdzie taki dzień, że „nieopatrznie” rzucę w kierunku mojego ukochanego męża niedomytym przez niego kubkiem, świadomie składając go w ofierze (kubek oczywiście), albo taki, że wezmę torebkę, trzasnę drzwiami i pójdę pooddychać świeżym, chłodnym powietrzem, albo taki, w którym napuszczę całą wannę gorącej wody z dużą ilością pachnącej piany i rzucę mimochodem, że plecy to umyję sobie sama. Ale teraz jestem w tym miejscu i sytuacji, w której chcę być i jest mi z tym dobrze i absolutnie nie czuję, żeby świat się kończył 😉