I jaki tu dać tytuł?

Nigdy nie sądziłam, że będzie mnie dotyczył problem teściowej. W sumie na chwilę obecną to jeszcze nazewnictwo nad wyraz, bo oficjalna nazwa – TEŚCIOWA – nastąpi po planowanym, ale bliżej nieokreślonym czasowo – ŚLUBIE, więc może to jeszcze nie problem. Jednak zalążek „teściowego armagedonu” upadł już na ziemię i zaczął kiełkować.

I żeby „wszystko” było jasne (choć sama nie do końca ogarniam to światełko w tunelu) – to nie jest mój problem z mamą mojego narzeczonego, tylko problem mojej mamy z moim narzeczonym i vis-a-vis 😉 Jak to jest być między młotem a kowadłem? Ciężko, niezbyt sympatycznie, nerwowo, wkurzająco, itd.

Myślę, że każda mama, szczególnie jedynaka, ma swoje wyobrażenie, jak powinien wyglądać przyszły partner jej dziecka – zwłaszcza ten, który ma wypowiedzieć słowa – „… i nie opuszczę Cię aż do śmierci”. Rzeczywistość a wyobrażenia często mają ze sobą niewiele wspólnego. Jednak najgorzej jest, kiedy z góry wiadomo, że w rzeczywistości nawet nie istnieje coś zbliżonego do tych wyobrażeń. Tak jest z moją mamą – partner, którego sobie dla mnie wymyśliła – nie istnieje. I nawet postęp genetyczno-technologiczny nie sprosta tym wymogom.

Bo co tu zrobić, kiedy przyszła teściowa wymyśliła sobie, że jej przyszły zięć będzie bardzo rodzinny i stanie się jej drugim dzieckiem, a ten okazuje się zupełnie nierodzinny i oporny na wszelkie próby nawiązania bliskich więzi? Z kilkumiesięcznego doświadczenia mogę już powiedzieć, że – IDZIE SIĘ POCIĄĆ!!!

Jedno mówi, że nie pojedzie do drugiego – BO NIE, drugie mówi, że skoro pierwsze nie przyjeżdża – TO NIE, a człowiek tak sobie stoi i zastanawia się jakiego narzędzia użyć, gdy tak naprawdę powinien powiedzieć – NIE TO NIE!

I chociaż podobno przyszła teściowa uważa, że obecny partner córki jest najlepszy z dotychczasowych okazów zoologicznych, to jednak i tak mógłby być o wiele, o wiele, wiele lepszy. I tak oto po uderzeniu głową w mur, odchodzę od niego, zataczam kółeczko i uderzam dokładnie w tym samym miejscu co poprzednio. Wniosek z tego taki, że ja w końcu rozwalę sobie mózg na tej ścianie, a oni spokojnie odejdą w przeciwnych kierunkach.

I będzie człowiek zdrowy psychicznie? Aż strach pomyśleć, jak to będzie kiełkować dalej. Może trzeba będzie tupnąć nogą, tylko kto to usłyszy?