Gdy w planach miesza Ci pandemia

„Nigdy nie wyjdę za mąż!” – wydaje się, że to hasło wybrzmiewało z moich ust jeszcze nie tak dawno. A tu (w sumie nie tak nagle;), umawiam się na makijaż ślubny, do fryzjera, do krawcowej na dopasowanie sukienki, z fotografem – karuzela. Ale NIE – nic nie może pójść normalnie. W końcu gdy znalazłam mężczyznę, któremu chcę powiedzieć TAK, gdy po ponad roku podjęliśmy decyzję o ślubie – świat pogrążył się w pandemii wirusa w koronie. Ożeż nagła jego mać!

Chciałam wziąć ślub w konsulacie w Barcelonie – chciałam! Byłoby już po wszystkim, bez tego całego cyrku ślubnego, a tym bardziej bez tego składania się w kosteczkę i kombinowania – będziemy mogli zrobić obiad dla rodziny i zgromadzić ich w ratuszu, czy nie. Tak, podejdę do tematu bardzo egoistycznie – a co! W końcu to mój pierwszy i pewnie ostatni ślub!

Miało być zabawnie, ale jakoś trudno spod „pióra” wychodzi mi humor, gdy nagle człowieka wsadza się na jakiś plan hollywoodzkiego filmu katastroficznego. Puste ulice miast, pojedyncze samochody i autobusy, pozamykane sklepy i restauracje – to były obrazy, które widywaliśmy na ekranach kin lub telewizorów. Nagle ktoś przerzucił nas przez te ekrany do tych pustych rzeczywistości. Zupełnie nieprzygotowani do takiej sytuacji, nie potrafiliśmy się w niej odnaleźć. Zagubiliśmy się w tej dziwnej pustce. I oczywiście na ten właśnie moment przypadło planowanie mojej małżeńskiej przyszłości.

Ale zacznijmy od początku. Kiedy w styczniu podjęliśmy z moim narzeczonym decyzję, że weźmiemy ślub początkiem września, nic jeszcze nie zapowiadało takiej jazdy. Zaplanowaliśmy wstępnie, że „TAK” powiemy sobie 5 września. Ponieważ termin można rezerwować najwcześniej 6 miesięcy przed planowanym ślubem, miałam jeszcze dużo czasu. Początkiem marca, pod namową przyjaciółki, zadzwoniłam do urzędu stanu cywilnego, żeby tylko orientacyjne spytać, czy 5 września będą udzielać ślubów w ratuszu. I co? I g… Oczywiście okazało się, że ratusz nie pracuje dwie soboty w ciągu roku i 5 września to jest właśnie jedna z tych sobót. Moje plany pokrzyżowało święto dziedzictwa narodowego – nawet nie wiedziałam, że takie jest!

Ale nic to, w końcu człowiek czekał tyle lat na swój pierwszy ślub, więc tydzień wte czy wewte, żadna różnica. I tak oto zrodził się 12 września, a we mnie obudziła się gorączka przygotowawcza – kupić buty i wianek, znaleźć kwiaciarnię i bukiet, znaleźć ładne obrączki i dobrą krawcową, itd. I nagle, w połowie marca, wszystko się zdupczyło. Pod wezwaniem jakiegoś dziwnego chińskiego wirusa, pozamykali nas w domach, odziali w maseczki i nylonowe rękawiczki, pozamykali restauracje i urzędy. A człowiek chciał tylko skromny obiad dla najbliższej rodziny i kilka osób w ratuszu. Fuck!

Gdy zaczęło się odmrażanie sytuacji, wróciłam do przygotowań, jednak tym razem towarzyszyło mi coś czego nie było wcześniej – spokojny, zdrowy rozsądek. Nikt nie ma gwarancji, że we wrześniu sytuacja się nie powtórzy, więc co ma być to będzie. Podchodzę do tego już na luzie – jeśli na ślubie będzie mogło być tylko kilka osób, to trudno. Tak czy siak mam zamiar zostać żoną 🙂