Dokopałam się do genu – a tu skleroza

Uwierzcie mi – zauważyłam ponad dwumiesięczną posuchę na blogu – wytłumaczenie tej sytuacji jest tak banalne, że aż niemądre. Ale potrzymam Was w niepewności i wyjaśnię na samym końcu. A teraz trochę o kobiecym amoku w moim wykonaniu, czyli poszukiwaniu zagubionego genu 😉

Kiedyś już pisałam, że podobno jestem pozbawiona genu podległości wobec mężczyzn, co kilka lat temu stwierdziła pani psycholog. Na tamten czas może i było w tym ziarenko prawdy, ale teraz już wiem, że jednak nie jestem wybrakowana i MAM TEN GEN! Tylko po prostu przez wiele lat… był on sobie w uśpieniu.

A teraz ważne pytanie – „czy to aby na pewno dobrze, że uaktywnił swoje bytowanie?”

Tak w ogóle – czym jest (do słodkiego chupa chupsa) ten GEN? Przez wiele lat byłam singlem, nie wnikajmy tu w przyczyny takiego stanu rzeczy. Jako singlowi – do niczego ten gen nie był mi potrzebny. Gdy pojawiał się na horyzoncie osobnik płci odmiennej, mój gen, przykryty grubą pierzyną innych genów, nie dawał znać o swym istnieniu. Gdy dochodziło do sytuacji „partnerskich” – typu wspólny posiłek i punkt następny – sprzątanie po posiłku, a mężczyzna, po ciężkiej walce z pożywieniem, odpoczywał na wersalce – mój gen nadal się nie uaktywniał, wręcz odwrotnie. Nawet jeśli upichciłam coś w swej jaskini, to sterta garów i widok najedzonego, zmęczonego samca na kanapie, powodował u mnie aktywację czegoś innego – odliczania do wybuchu i żal, że zamiast garam masali, nie dodałam innej „przyprawy”. A mój gen spał spokojnie. I taki stan rzeczy, czyli agresja na lenistwo i paniczostwo płci przeciwnej, trwał wiele lat. Wiele lat!

Myślałam już nawet, że tak zostanie i sama zaczęłam wierzyć w wybrakowanie mojego kodu genetycznego. A tu się okazało, że aby obudzić zahibernowane ogniwa w łańcuchu, wystarczy odpowiedni bodziec – czyli odpowiedni mężczyzna. Taki, który odpoczywa na kanapie po jedzeniu, ale najpierw pomoże w ogarnięciu kuchni. A bez jedzenia ogarnia też inne pomieszczenia w domu 😉

Z doświadczenia mogę już powiedzieć, i nie będę tu ściemniać, że obudzenie tego genu, wyzwala pewne skutki uboczne. Jak chociażby częste gotowanie we własnej kuchni i zwiększoną dbałość o zawartość lodówki, co powoduje, że nagle robi się ona za mała. Hamuje za to zwracanie uwagi na panujący dookoła większy bałagan. Podobno tak samo jest przy dzieciach, więc może nazywanie go genem poddaństwa wobec mężczyzn, nie jest właściwe 😉

Czy to świadczy o tym, że łagodnieję, stępiły mi się pazurki – czyli po prostu się starzeję. A może tak delikatniej – DOJRZAŁAM 😀

A jak widać – u mnie – dojrzewanie łączy się ze sklerozą. Powiedzenie, że przez dwa miesiące nie miałam weny do pisania, byłoby zbyt nudne, więc powiem prawdę – mój mózg (prawdopodobnie w wyniku wybuchu aktywności w moim łańcuchu genetycznym) zresetował hasła dostępu do mojego bloga, a także całkowicie wymazał miejsca, w których je zapisałam, na wypadek takiej okoliczności. Odbudowanie w pamięci tych faktów zajęło mi prawie dwa miesiące.

Gen genem, skleroza sklerozą, ale okazuje się, że wsunięcie na palec kawałka szlachetnego metalu z kamykiem, uaktywnił u mnie inne procesy. Ale to już inna para kaloszy i temat na kolejny wpis 🙂