Jak to jest z realizacją szalonych pomysłów

I tak oto nastał nowy rok. Jego koleje dni spieprzają przez palce z prędkością światła. A u nas w domu o jedną gębę do wykarmienia więcej – a dokładnie – mordkę. Okazuje się, że od niewinnych rozmów o psach – do przywiezienia słodkiego szczeniaczka do domu – jest bardzo blisko.

Jakiś czas temu pisałam o szale zakupów, który niebezpiecznie przeradza się w zakupoholizm, z którym miałam walczyć. Ciągle wygląda to kiepsko! Do tego jeszcze rodzący się w głowie szalony pomysł o zainstalowaniu w domu nowego domownika, i co? I tu odpowiedziałabym brzydko rymem, bo zamiast ograniczać wydatki i uznać pomysł posiadania psa za zbyt szalony, powiększyłam listę „niezbędników zakupowych” o uposażenie dla czworonoga. W naszym domu pojawiło się małe kudłate stworzenie – wabi się Hiro, co w języku japońskim podobno oznacza „Szczodry”. I tak oto z dnia na dzień nasza kudłata kulka szczęścia jest dla nas szczodra w sikaniu, gryzieniu, niszczeniu ubrań, piszczeniu, całkowitym absorbowaniu wolnego czasu… ale tak poza tym – nie oddałabym go za żadne skarby.

To jest mój trzeci pies. Poprzednie dwa były przekochane, ale od początku do końca traktowane jak psy – rozpieszczone – ale psy. Zawsze rozśmieszali mnie ludzie, którzy do swoich czworonożnych pupili mówili – synuś, córcia. Od ponad roku jestem w stanie narzeczeństwa, więc decyzję o nowym domowniku podjęliśmy wspólnie. Kiedy pierwszy raz usłyszałam własne słowa skierowane do Hiro – chodź do mamy – zastygłam w samoprzerażeniu – matko, dopadło mnie – zamiast dziecka fundnęłam sobie psa. Od tej pory staram się pilnować, żeby nie używać takich zwrotów (chyba, że w niewinnych żartach).

Moja miłość na dwóch nogach 😉 ma pasję, którą są codzienne wieczorne treningi. Od kiedy jesteśmy razem, zawsze gryzło mnie, że przez 3 dni w tygodniu widzieliśmy się rano, a potem dopiero późnym wieczorem po jego treningu. Po pracy nie wracał, bo nie opłacało się „marnować” czasu w korkach. Żartowałam, że jak zainstaluję mu w domu psa, to będzie wracał. I co? I DZIAŁA!!! Nagle mam narzeczonego. Paniom w podobnej sytuacji – polecam takie rozwiązanie, jednak nie gwarantuję, że w każdym przypadku efekt będzie identyczny 😉

Tak ogólnie – co zmienia pies? Bardzo dużo, żeby nie powiedzieć – wszystko. W mojej ocenie – na lepsze 😉 Przez jakiś czas w swoim życiu byłam maniaczką porządku. Pierwszym stworzeniem, które uczyło mnie podchodzić do tematu porządek-bałagan z większym dystansem – był mój narzeczony. Przy psie ten dystans musi stać się 1000 razy większy, bo inaczej człowiek ocipnie.

Za ten akapit z góry chciałam przeprosić wszystkich rodziców, bo w pewnym stopniu będę tu porównywać psa do dziecka. Przy szczeniaku, jak przy noworodku, przez pewien czas człowiek śpi, gdy śpi pies. Jakże cudowna jest pierwsza przespana w całości noc, podczas której człowieki nie zrywają się o 3 w nocy i nie idą na rozbudzający spacer. Wysprzątanie szczenięcej kupy w domu wiąże się z pewnym ryzykiem, ponieważ mojemu narzeczonemu włącza się wtedy bardzo silny odruch wymiotny – więc nagle okazuje się, że lepiej odsunąć go od tych jakże niebezpiecznych czynności, żeby nie doprowadzić do jeszcze większej jatki – SPRYTNY jest 😀 I tak oto nagle spokojne, ułożone, nudne życie zaczyna kręcić się między sikaniem, spacerem, zabawą, karmieniem, sikaniem… i tak bez końca.

Ale kiedy człowiek wraca do domu, w pracy było do dupy, większość kierowców, którzy akuratnie też skądś wracają – nie powinna mieć w ogóle prawa jazdy, chmura gradowa nad głową zmienia już tylko czarne odcienie – otwieramy drzwi i wszystko nagle znika jak ręką odjął – gdy ta kudłata kulka zaczyna się cieszyć na nasz widok. Uwierzcie mi – BEZCENNE. Przy psie nie ma czasu na depresje, to jest taki persen forte (i absolutnie nie jest to lokowanie produktu) 😉